Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/92

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dów, a głównie ze strachu, by któryś z agentów wyższej miary, z kategorji tych, którzy uwijają się po kraju, czuwając nad prawidłowością działania wszelkich funkcyj życia narodowego, nie spostrzegli tego próżniactwa. Gdy to zostanie stwierdzone, policzone będą ich dni spokoju i ludzkiego istnienia. Zjawi się z odnośnym papierem bylejaki kapitan bez oka lub porucznik z pustym rękawem i wnet potworna machina armji chwyci ich w swoje stalowe zęby, rozmiecie po okręgach właściwych korpusów i prędzej niż później wtłoczy ich w szeregi jakiejś kompanji, zawagonuje, wywiezie precz i pewnego dnia wyżenie ich los w szczere pole, gdzie w zamieci pocisków wyje śmierć. Epokowe zwycięstwo zdziesiątkowało szeregi stojące w polu, a choć straszliwie ścisłą cyfrę strat znał tylko Bóg w niebie, a do pewnego stopnia i generał Ludendorff w Głównej Kwaterze, to jednak ci spokojni, prości ludzie byli pod złym urokiem niemylnej legendy, która zgrozą powiała przez niemieckie krainy. Było jasne, że muszą być wypełnione niesłychane szczerby, wybite w szeregach przez tak wielki tryumf nad nieprzyjacielem. Na miejsce trupów i rannych muszą stanąć żywi i zdrowi, których nieobecność na placu boju nie jest należycie usprawiedliwioną przez najpilniejsze konieczności życia państwowego i przez potrzeby frontu.
Gdzie ich było szukać o tej porze? Będą brać starych, ułomnych, słabych, z których żadna mustra, ani żadna propaganda nie zrobią nigdy żoł-