Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/91

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pan wierzy — i na tem dość. Dobrze?
— Ja pani wierzę.
— Pan myśli, że ojciecby mi uwierzył? Za nic! On na to zbyt uczony i nie ma żadnej wyobraźni. Przed nim, tak dobrym i kochanym, musimy się bardzo strzec. Niech się, bron Boże, niczego nie domyśli. Wie pan, co onby zrobił?
Zbliżyła się tak, że włosami musnęła go po twarzy, i mówiła spłoszonym, zdyszanym szeptem.
— Onby mi tu znowu sprowadzał doktorów... Nasz tutejszy stary radca Schichau jeszcze ujdzie i właściwie się nie liczy, ale bywali u mnie i inni... Najgorszy to ten z Kolonji, dr. Huldermann z oczami inkwizytora. Gdy ten spojrzy na mnie, odrazu mąci mi się w myślach, robię się zła... Bardzo lubi mnie męczyć, to jest prawdziwy kat... Zamyka się ze mną na konsultację i prowadzi szpiegowską rozmowę, zapuszcza mi w mózg ostry świder, aż mi się coś pruje w czaszce... Okropny człowiek!... Na dobitkę każe mi chodzić z wizytami i przyjmować gości, a zabrania mi grać...

W tajnej pracowni przy zakładach „Badische Anilin und Soda Fabrikation“ w tak zwanem przez chemików Piekle Wagera — Wagershölle — zastój doszedł do tego stopnia, że profesorowie — teoretycy i inżynierowie-technicy zupełnie przestali przychodzić nawet na papierosa i na wymianę codziennych plotek. Personel pomocniczy oraz laboranci zjawiali się jeszcze potrosze z poczucia przyzwoitości i z nu-