Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/84

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dziwaczeje. Z dnia na dzień coraz dalej odchodzi od rzeczy z tego świata. Niech ją pan ratuje... Pan jest jedynym człowiekiem, z którym lubiła przestawać... Pan jej uratował życie... O mało pan nie zginął, broniąc jej przed nią samą, a teraz obraza o jakieś niepoczytalne słowo?
— Ależ, panie profesorze, na Boga, co za obraza? Jak można... Miałem sobie za najwyższy zaszczyt i — że tak powiem — szczęście... Cóż, spostrzegłem, że jestem natrętny...
— Pan tego nie mógł zauważyć... Owszem... To ona w złej chwili wyrwała się z jakiemś głupstwem i teraz gorzko żałuje...
— Pani baronowa?!
— Tak jest! Ale, doktorze, pod największym sekretem — przecież właściwie to ona mnie tu przysłała.

Zaczęło się po dawnemu. Wróciło słodkie omamienie szczęścia chwili, szczęścia godziny. Ustał bieg czasu, nie było dnia wczorajszego, nie czyhało jutro zawsze niepewne, groźne dla tego co jest. Jak dawniej istniały tylko godziny, spędzane z Ritą, reszta była pustym martwym snem. Claude nie pytał więcej kim jest, ustały niepewności rozdarcia. Pod jej czarem stawał się nowym człowiekiem, kimś trzecim, który był prawdziwy i ostateczny, a o tamtych zapominał, zapominał — aż wreszcie zapomniał.
Po przerwie dwóch tygodni przyjęty był zwy-