Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/96

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tak spokojnie, patryarchalnie nudno, ale obaj chłopcy bardzo mili, lubiłam ich zawsze. Cóż, poszłam Smutno mi się zrobiło, zapalali latarnie, ale miasto teraz tak słabo oświetlone... Uczyniło się jakoś ponuro...
Mało ludzi, ale w pewnym momencie zaczęłam spostrzegać, że mijają mnie jacyś bardzo dziwni żołnierze... Z pozoru nic nadzwyczajnego, starsi młodsi, rozmaici, ale w każdym z nich poznawałam to samo... Co? Nie umiałabym powiedzieć dość, że byli zupełnie odmienni od reszty żołnierzy którzy wałęsali się po ulicy... Tych osobliwych spotykało się rzadko, ale od chwili gdy mnie to zaczęło zastanawiać naliczyłam ich coś koło dziesięciu... Dopiero wtenczas domyśliłam się, że poznaję ich po tem, że zupełnie nie było słychać ich kroków przechodzili bez szmeru, jak koty, jak cienie, a mieli przecież na sobie grube okute buty.
Zaczęłam przystawać, oglądać się — dziwne rzeczy! Niektórzy szli w moją stronę, wyprzedzali mnie... Naliczyłam właśnie już siedemnastu gdy nagle w następnym, w tym osiemnastym idącym bez szmeru, poznaję młodszego Steindorffa — już mnie mija... Zatrzymałam go, ale jakże się spytać dlaczego nie słychać jego kroków? Niepodobna, mogłam mieć takie swoje chwilowe przywidzenie.. Ale on naprawdę był już osiemnasty.
— Serwus, Ernst! Idę właśnie do państwa. Nie wiedziałam, że i ciebie już wzięli do wojska: Ileż ty masz lat, chłopcze?