Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/100

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przejdzie nad nią bezpiecznie, ale — oto tam, już niedaleko, gdzie czernieje przed nim spiętrzona masa, przetykana ognikami, urwie się jego sen, jego wszechmądrość, jego nienasycone dążenie. Co robić? Tam czeka na niego cios, koniec bo to są ludzie i miasto...
Wrócić? Uciec do Rity? Opowie jej dużo nowin, bo odmęt myśli przeżył po drodze. Pójdzie wprost, ona zrozumie, że żyć już bez niej nie może. A jak to będzie? Ona sama rozstrzygnie. Szedł dalej, gdyż już się budził i przypuszczał, że powrót do Rity teraz po nocy zakrawa na niemożliwości A więc znowu to samo... Poco? Jeżeli ktoś doszedł do szczytu szczytów w pojęciu wszechrzeczy i odgadł tajemnicę tajemnic — poco mu dalsze życie? Odejść. Skończyć.
Pochylił się nad balustradą i chciwie zajrzał wdół ku wodzie, zapatrzył się. Pobróżdżony nurt szybko sunący przez falujące smugi odbite od świateł nadbrzeżnych, usypiał go. Zdawało mu się, że dochodzi go ledwie dosłyszalny nocny szmer — oddech Renu. Łagodne, senne popluski rozleniwiały budzącą się myśl — zrodziła się wątła, najcichsza melodja i snuła się po wodzie coraz cichsza, coraz słabsza, aż spłynęła z prądem i zgasła...
Zbudziły go władcze, nakazujące dźwięki, zapełniły mu głowę, zapełniły przestrzeń. Spokojnie, potężnie biły zegary miasta, każdy własnym głosem. Gdy ozwał się i przebrzmiał ostatni, ostatnim uderzeniem swojem stworzył nad rzeką dalekie za-