Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/86

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ja pana z nim zaprzyjaźnię! Musi go pan odkryć w sobie i pokochać. Będziemy dużo, dużo, grali.
Codzień koło południa Claude przychodził do willi „Zyglinda“, był na obiedzie i zostawał do późnego wieczora. Coraz głębiej pogrążał się w opętaniu i w niem się umacniał. Nareszcie wiedział że istnieje i poco żyje? Urodził się z takiem właśnie nie innem przeznaczeniem i to co było przed Ritą stało się zrozumiałem jeno jako wstęp, który mu zabrał coprawda czterdzieści lat, ale już przeminął, więc najlepiej zapomnieć o nim.
Poco człowiek żyje? To pytanie zostanie wiecznie nierozwiązalne, ale byt ludzki nie może być czyimś złośliwym żartem, ani majakiem, który się przyśnił Bogu czy djabłu, ani jakąś kosmiczną pomyłką, ani prostym absurdem. Dla samego siebie Claude już wiedział poco żyje, a każdy inny niech to zgaduje i rozstrzyga jak mu się spodoba. Ludzkość? Co go ona obchodzi?
Wojna? A może ta cała wojna światowa, potworny obłęd, który ogarnął narody... Miljony i miljony trupów... I to, co ją wywołało, sploty zjawisk, przypadki, zbrodnie... I te dalsze nieprzebrane i nieprzewidziane przewroty i klęski, które już po niej będą się wlokły przez pokolenia... Dlaczego nie? Niech mu kto dowiedzie, że w mgławicowym chaosie wszechświata nie wydarzyło się to jedynie poto, by on spotkał w swojem życiu Ritę? Wszak inaczej nie wiedzieliby o sobie nawzajem...