Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/79

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


sobą natychmiast po dojściu do przytomności.
Dokument ten podpisał imieniem i nazwiskiem, postawił datę. Wielokrotnie odczytał swoje pismo, wyrecytował je głośno i uczuł wielką ulgę.
Nie wiedział, że ratuje się tak samo, jak nieszczęsny obłąkany, zatracony w szpitalu, gdy spostrzeże w sobie promyk świadomości i usiłuje go zatrzymać w sobie i umocnić.
Nie zapamiętał wielu momentów, godzin, dni ze swoich osobliwych dziejów na tej ziemi niemieckiej. Nie policzył nastrojów, zamąceń, snów na jawie. Jakże lekko wdawał się w miłe rozigranie wyobraźni, zabawiał się fantastycznością swojego nowego bytu... Bez trudu, bez przymusu, nie dla nieprzyjaciela, ale wobec samego siebie przedzierzgał się w swego sobowtóra, myślał i czuł jak prawy Niemiec dr. Ossian Helm, żeby po chwili porzucić go i wrócić do siebie. Lubował się swojem mistrzostwem, nazywał to zaprawą treningową w nowym ciekawym sporcie szpiegowskim.
A Rita?
Czyż nie była ona żyjącą fantasmagorją, zamąconem wspomnieniem sennego widziadła, melodją niepewną, ledwie dosłyszalną? Od niej szło tchnienie tragicznej ekstazy, ona to zabijała w nim rzeczywistość. Zatruła go nazawsze swym chorym urokiem istoty niepewnej otaczającego ją świata i niepewnej własnego swego istnienia. Czyż wobec niej mógł być sobą, podstępnym szpiegiem wiecznie kłamiącym, nienawistnym wrogiem, Francuzem? Gdy