Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/98

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


czy trup... Chwyciłam się balustrady, trzymam się ze wszystkich sił, odwracam się od wody. Co za okropny strach! Bo i rzeka mnie ciągnie... Ktoś mi szepce do ucha — skacz, prędzej! Prędzej!
Dziś rano telefonowałam, dowiedziałam się od służby, że Ernst zginął w ostatnich walkach, a starszy Leo dogorywa w szpitalu w Belgji, właśnie wczoraj oboje starzy pojechali do niego.
Rozmyślałam nad tem i teraz już wiem napewno, że Fell żyje. Bo jeżeli duchy poległych chodzą sobie po ulicach... Przybywają do rodzinnego miasta zobaczyć swoich bliskich, tylko, że ci ich nie widzą, bo nie każdy jest taki jak ja... Jakżeby on mógł krążyć po mieście, jak inni, a nie być u mnie? Nie wyrządziłby mi takiej krzywdy... Zresztą, tak sobie gadam, wiem dobrze, że żyje i jest zdrów. Nie wiem tylko, czy mi starczy cierpliwości! Jak pan myśli, kiedy się to skończy? Nieraz zapominam jak długo ciągnie się ta wojna, muszę sobie wyliczać rok po roku i dziwię się, że nie ubiegło jeszcze nawet czterech lat! Mnie się wydaje, że ona trwa wiecznie.
Zatapiali się w fikcjach. Gdyby ktoś trzeci podsłuchał kiedy ich rozmowy, nie mógłby nie uznać ich za obłąkanych. To też o pewnych sprawach mówili głosem przytłumionym, czasami szeptem. Nie potrzebowali wielu słów. Dużo milczeli, porozumiewając się spojrzeniem. Rita wstawała, dawała mu znak i siadała do fortepianu, gdyż wielu rzeczy niepodobna było wyrazić inaczej. Odtwarzała swoje