Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/97

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nic mi nie odpowiada. Stoi wysmukły, wątły, nadmiernie wyrośnięty i nie patrzy na mie, tylko gdzieś w dal. Bardzo smutne oczy, twarz sina, pociemniała, jakaś obojętna, przykra... Chcę powiedzieć — Ernst, nie poznajesz mnie? Ale nie jestem w stanie przemówić słowa, coś mnie zdławiło w gardle aż zabolało... Ludzie przechodzą w obie strony, wszystko dokoła zwyczajne i prawdziwe, a on wydaje mi się coraz bardziej dziwny... Oto znów mija nas żołnierz cichochód — to dziewiętnasty, a za nim jeszcze jeden — dwudziesty... Wreszcie wyduszam ze siebie z wysiłkiem, z bólem, ze strachem:
— Ernst! Odezwijże się! Spojrzyj na mnie! Zlituj się...
Idzie oficer, ale stąpa zwyczajnie, za nim dwóch zwyczajnych sierżantów. Nadchodzi. Ernst nie zważa na niego, nie oddaje honorów i oficer snać udaje, że go nie widzi, przechodzi. Gdy nas minął, spostrzegłam, że Ernst patrzy na mnie. Skamieniałam. Zapadła trupia twarz! Znać każdą kosteczkę!... Oczy szeroko rozwarte, niewidzące... Chcę uciekać, ale nogi wrosły mi w ziemię... Chce mi się krzyczeć, a nie mogę dobyć ze siebie głosu... Boże, ratuj mnie! Wreszcie, chcę się obudzić, choć dobrze wiem, że to nie sen...
Nie wiem, jak znalazłam się w domu — pamiętam tylko jeden moment, na moście... Widzę, że nadchodzi jakiś żołnierz, zdaleka nie widzę jaki on jest, czy go słychać, czy nie, czy to żywy,