Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mierzam pana po raz drugi napastować, jak Putyfara... Tym razem będziemy mówili o rzeczach poważnych.
To ona... Głupia eskapada do Heidelbergu i wymuszona noc zdawały mu się należeć do zamierzchłej przeszłości... Nazajutrz rano, idąc na dworzec, spotkał jeńców francuskich, a wśród nich znalazł się jego kapral Vidal, zwany w kompanji ojcem Zigomarem... Stał dalej, osłupiały, niezupełnie obudzony.
— Nawet pan się ze mną nie przywita?
Uchylił kapelusza i milczał, nie wiedząc od czego zacząć.
— Ach, pan nie rozumie po ludzku, pan zapomniał mówić po niemiecku? Eh bien, parlons votre langue natale, cher énnemi, j’ai mille jolies choses à vous apprendre.
Na pierwszy dźwięk mowy ojczystej Claude ocknął się, brutalna rzeczywistość spadła nań znienacka i oblała go od stóp do głów jak zimną wodą. Odrazu zbudził się w nim żołnierz, jak na alarm, w pełnem, pogotowiu w obliczu niebezpieczeństwa.
— Pani wybaczy, nie rozumiem po francusku... A zresztą, czem mogę służyć?
— Voilà une comédie!
— Komedja? To pani gra komedje. Powtarzam, że nie rozumiem ani słowa...
— Bon, mais allons de ce lieu ci. Je suis toute gelée, il souffle ici horriblement.
Chwyciła go pod rękę i pociągnęła za sobą.