Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/101

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


mierające echo. Na jego wtórze ozwał się motyw prastaroniemieckiej pieśni.
— Christ ist erstanden...
Niedalej jak przed półgodziną słyszał tę samą pieśń, przetworzoną w święte dziwo, w cud straszliwy... Dosięgła go, owładła nim zatruta, śmiertelna muzyka Rity.
— Panie Helm, dosyć tych marzeń! Czekam na pana od dziesiątej!... Niema co, nieźle się pan zabawia z rudowłosą wdową. Winszuję, ale zmarzłam już na tym moście. Pogadajmy nareszcie o naszych interesach!
Claude porywczo odwrócił się od rzeki i nieprzytomnemi oczami wpatrywał się w zjawę. Z trudem powracał na ziemię z dalekich swoich światów. Nic nie rozumiał.
Stała przed nim osoba młoda, wysmukła, w krótkiem futerku do kolan, w podkasanej sukni, w aksamitnym berecie na ostrzyżonej głowie, zawadjacko nasuniętym na ucho. Jej jasne, połyskujące oczy szydziły, usta śmiały się wyzywająco. Kto ona? Czego chce?...
— Panie Helm, pan mnie jeszcze nie poznaje?
Poznawał i nie poznawał zarazem. Pamięć zawodziła — tylko te cyniczne, szydercze oczy naprowadzały go na myśl o czemś dolegliwie wstrętnem.
— Ależ to ja, ta sama! Widzieliśmy się tylko raz w życiu, ale dokładnie. No — Heidelberg? Koniec stycznia! Jeszcze nie? Ha! — ha!... Możesz pan być zupełnie spokojny o swoją cnotę, nie za-