Strona:Żółty krzyż - T.II - Bogowie Germanji (Andrzej Strug).djvu/87

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nawzajem... Do niedawna nawet przelotnie nie zamarzył, żeby i ona zwróciła nań uwagę bodaj jako na przyjaciela, a cóż dopiero... On jeden znał bezmiar swego uwielbienia i jego prawdziwą postać. Rita nie była rzeczywistością, kobietą z krwi i ciała, człowiekiem, Rita była cudem, wyśnieniem na jawie, niemożliwem do ziemskiego ujęcia.
Ale już po paru dniach od wznowienia ich stosunków, postrzegł w zachwycie, który miał w sobie coś z przerażenia, że Rita wita go inaczej, że nie zapomina o jego obecności, że zwraca się doń bezpośrednio, a nie odzywa się sama do siebie lub kędyś w przestrzeń. Ta odmiana, widoczna w wielu nieznacznych szczegółach, zdradzała się głównie w rzeczach nieuchwytnych, ledwie dostrzegalnych dla wysubtelnionego odczucia. Claude zaczynał wierzyć, że ona wie i myśli o nim nawet wówczas, gdy jego przy niej niema. To niesłychane odkrycie przejęło go błogością, wzruszyło do łez. Bolało gć szczęście, zaskoczyło go niespodziewanie, było nazbyt ogromne.
To też, gdy przyniósł je do domu i upajał się niem w ekstatycznem rozpamiętywaniu, w pewnej chwili nagle ochłonął... Choćby o nim wiedziała, choćby nawet przemknął się czasami w jej samotnych myślach... Cóż z tego? Poprostu przychodzi do zdrowia, do równowagi umysłowej i dzięki Bogu staje się normalną. Zachowuje się z nim zwyczajnie, jak każdy z każdym...
— A tybyś chciał?...