Barcikowscy/I

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
<<< Dane tekstu >>>
Autor Maria Rodziewiczówna
Tytuł Barcikowscy
Podtytuł Powieść
Wydawca Polskie Towarzystwo Księgarni Kolejowych „Ruch“
Data wyd. 1908
Miejsce wyd. Kraków
Źródło Skany na Commons
Inne Cały tekst
Pobierz jako: EPUB  • PDF  • MOBI 
Indeks stron


Głód, powietrze, ogień woda
I wszelaka zła przygoda
Będzie temu, ktoby starą
Ojców swoich wzgardził wiarą.
A gdy umrze, garści ziemi,
Gdzieby spoczął kośćmi swemi,
Nie dostanie, ktoby starą
Ojców swoich wzgardził wiarą.
Marnie zginie, wiatr rozmiecie
Prochy jego po wszem świecie:
Marnie zginie, ktoby starą
Ojców swoich wzgardził wiarą!
R. Barwiński.


I.

W najstarszych dokumentach powiatu zapisani byli Barcikowscy — Sabin Barcikowski z Gródka — dobrze znane i zacne nazwisko.
Byli inni Barcikowscy z Dyszni — ale tamci pozostali w szarym tłumie, gdy ci z Gródka wyrośli na karmazynów i nie przyznawali tamtych za krewnych nawet.
Owi Gródeccy z dawien dawna Gródek zbudowali — małą forteczkę w widłach rzecznych — z szarego polnego kamienia i dębu czarnego — razy kilka sparł się tutaj wróg — i cofnął, dużo ludu i czasu natraciwszy w trzęsawiskach — za co królowie obdarowali Barcikowskich starostwem, a panowie szlachta urzędem.
Posłowali Barcikowscy na sejmy, sługiwali w chorągwiach, stawali do pospolitego ruszenia, warcholili, najeżdżali sąsiadów, stawiali klasztory, ginęli w bitwach z wrogiem, w bijatykach swawolnych, w celi klasztornej — znał ród wszystkie grzechy, znał cnoty i bohaterstwa i bezpamiętne poświęcenia.
Z biegiem czasu rozwielmożnili się i szeroko rozsiodli w widłach owych rzeczek — kędy ich gniazdo było, ów Gródek.
Siły żywotne mieli potężne. Młódź ich miała bary olbrzymów, a fantazyę szaleńców kobiety wielką moc i charakter.
Kto Barcikowską brał, ten w dom wprowadzał niewiastę stateczną, mądrą i surową. Kto swą dziewkę w ich dom oddawał, ten jej nie poznawał po roku, taką ten ród miał tradycyę, a obyczaj, a spójność.
Zbogacili się też okrutnie. W rodzie ich chłopcy się wiedli — piękne chłopy — dziewcząt mało, i te często do klasztoru zbiegały. Więc wiana rzadko dawali, a brali.
I młódź ta ich, której świat bywał za ciasny, a szaleństwo potrzebą bytu, gdy dojrzewała i żonę wziąwszy, osiadała w gnieździć — stawała się cichą, poważną, surową — jak owe niewiasty, ich matki.
Mawiano, że Barcikowscy słuchają tylko jednego trybunału: swych matek i żon, że szanują tylko jedną władzę — białogłowy.
Tak ten ród przetrwał w powiecie i w Gródku Jagiellonów, Wazów — wszystkie elekcye, wszystkie wewnętrzne burze — rósł, rozkorzeniał się — dochodził niekiedy kilku konarów, nad sąsiednie rody się szczycił. Aż za Sasów począł marnieć, jakby swe żywotne soki wyczerpał.
Jeden po drugim obumierały odrośle i konary. Za Poniatowskiego jeden pień tylko został w Gródku, skupił przy sobie całą fortunę, obarczoną mnóstwem procesów.
Procesy pożerały fundusz — pożerały ją i inne obowiązki. Parę folwarków i jedno życie kosztował Bar — parę folwarków legiony — sepety ze złotem poszły w trzydziestym roku.
I ludzi poczęło braknąć Barcikowskim.
Rzadko który dwóch chłopców uchował, rzadko który nie podzielił się z synami z krajem, nie stracił, zaledwie do lat męskich uchowawszy.
I tak zeszło, że z owej możnej familii po trzydziestym roku została w Gródku jedna niewiasta z wyrostkiem — a z dóbr ino to, co najmniej było warte: grzązkie, czarne lasy, wody i wydmuchy piasczyste.
Jeszcze fortuna była zasobna, choć niepokaźna, jeszcze zapas był stary i magnackie ostatki i dzielna dłoń była, co je trzymała. Pani Anna Barcikowska w lat dwadzieścia wdziała czepiec wdowi, dom zamknęła, zasklepiła się w pracy i samotności.
Bałwochwalczo kochała jedynaka, strzegła go tylko przed światem i przed marzeniami, nie dawała odstąpić siebie i ziemi i by od szałów uchronić, ożeniła go wcześnie, chcąc silniej jeszcze do domu i gniazda przykuć.
Synowę sama wybrała. Była to dziewczyna młoda, zhodowana i wzrosła w tym zapadłym kącie, najmłodsza z rodziny niebogatych sąsiadów. Podobała się Sewerynowi Barcikowskiemu, bo była piękna, a matka mu obiecała po ślubie oddać zarząd majątku.
I dlatego panna Basia weszła do domu Barcikowskich, oddała im siebie, swą młodość i siły, i swe wiano maluczkie.
Pan Seweryn rychło nacieszył się żoną. Małżeństwo dało mu władzę i swobodę — zaczął żyć dopiero — gospodarzyć, handlować końmi a przedewszystkiem polować.
Dwie kobiety w starym dworze żyły samotne, przywarły do siebie i po paru latach Basia była jakby drugą panią Anną — trochę młodszą, ale równie surową, cichą, i milczącą. I dwór stary był ponury — wśród starego ogrodu, niski, ciemny, jedną stroną patrzał na rzekę oczeretem pokrytą, drugą stroną na oplecione dzikim chmielem ruiny pamiętnego grodziska.
Sąsiedztwa nie było, a najbliższe miasteczko leżało o mil kilkanaście, więc obca twarz i nowina była rzeczą nadzwyczaj rzadką. Dwie kobiety żyły tak — cały wiek.
Pani Barbara, gdy wchodziła raz pierwszy w sień ciemną, wzdrygnęła się przerażona, potem przywykła. Przywykła do nieobecności męża, do surowości świekry, do smutnego życia.
Przywykła, że co roku dawała życie drobinie wątłej, która zamierała bardzo rychło, nic nie dawszy matce, oprócz bólu i łez.
Są przywyknienia, co starczą za największe bohaterstwo!
Pani Anna cierpiała okropnie nad stratą wnuków. Czworo już odeszło — ledwie po parę dni przebywszy na jej rękach — gdy znowu po kilku latach — zakwiliło maleństwo w starym, ponurym dworze.
Tym razem chłopak się udał. Zdrów był, silny, krzykliwy. Rychło stał się bóstwem babki, szczęściem matki, słońcem całego domu. Sprawiono świetne chrzciny i pani Anna dała wnukowi imię ojca swego, który padł pod Moskwą — Wacław.
Minęło lat kilka. Dwoje dzieci przybyło, syn, drugi Filip i córka Jadwiga, ale tej już ojciec nie zobaczył.
Na parę miesięcy przed jej urodzeniem, zmarł pan Seweryn Barcikowski nagle, w kilka dni — na zapalenie płuc — po polowaniu na dziki.
Matkę uczynił dożywotnią właścicielką fortuny, pod jej opiekę oddał żonę i dzieci. Pani Anna miała w owe czasy lat pięćdziesiąt kilka, siły wielkie, włos ledwie szronem przyprószony, zdrowie żelazne. Ból zniosła w milczeniu i zaraz po pogrzebie syna, w silne, wprawne ręce wzięła zarząd domu, interesów i majątku.
Powstanie 1863 roku zastało tedy znowu w Gródku dwie kobiety i troje dzieci. Nie było syna na daninę krajowi — dawano tylko pieniądze. Płaciła pani Anna Rządowi Narodowemu — płaciła rosyanom. Gródek zniósł w jednym roku cztery kontrybucye, a zniesienie nagłe pańszczyzny zadało cios okropny.
Już i zapasy się skończyły — zaczęło się ciężkie, mozolne życie z kapitału. Prędko osiwiała głowa pani Anny, zmarszczki poryły przed czasem twarz pani Barbary.
Świekra siwiała nad rachunkami, ona nad dziećmi.
Wacław miał dziesięć lat. Chłopaka hojnie obdarzyła natura. Piękny był, nad wiek rozwinięty, wesół i dobry. Więc matka widziała w nim bogaty materyał i drżała, aby się nie spaczył, nie zmarnował.
Filip siedmioletni — był brzydki, krępy, niepojętny i uparty. Ledwie umiał pacierz, a nie znał i znać nie chciał alfabetu. Nie znosił też wiele rzeczy — posłuszeństwa, porządku, stałego zajęcia w domu, nadzoru, nawet obuwia i kapelusza.
Zawsze obdarty, okaleczony, dziki, spędzał czas w chmielu, łozie, na drzewach — w towarzystwie dworskich i wioskowych rówieśników.
Więc matka płakała nad nim, widząc, że w najlepszym razie może zostać jarmarcznym szaławiłą.
Trzyletnia Jadwisia była typową, miniaturową Barcikowską z rodowej tradycyi.
Dziecko małomówne, poważne, dzikie.
Obchodziła się nawet bez niańki. Miała lalkę i cichutko się bawiła, siedząc na ziemi u kolan babki lub matki. Gdy ją Filip ciągał za włosy, szczypał, lub w podobny sposób okazywał swą wyższość, chroniła się pod opiekę Wacława, który imponował bratu siłą pięści i z całą powagą traktował rolę głowy rodziny.
I nad Jadwigą płakała matka, bo była brzydką, a z Gródka trudno już było zebrać posag dla córki.
Pani Anna, wśród swych kłopotów rozlicznych, nie zapomniała też o wnukach. Przedewszystkiem obchodził ja Wacław. Był i pozostał ulubieńcem i nadzieją. Widziała z dumą jego urodę i zdolności, roiła mu świetną karyerę.
Filipa nie cierpiała, nie pozwalała o nim wspominać przy sobie, biła go codziennie. Jadwisią nie zaprzątała sobie głowy, żywiąc dla kobiet wielkie lekceważenie, nie rachując ich do domu — jako fant, który pierwej czy później oddać trzeba z dodatkiem pieniędzy.
Pani Anna wiedziała zaś dobrze z ciężkiego doświadczenia, jak ciężko zbiera się pieniądze z szarej, poleskiej roli.
W owych tedy czasach miał Wacław guwernera, a w długie, jesienne wieczory kobiety radziły, jak go mają pokierować. Rady jednak zwykle kończyły się jednem:
— Jeszcze czas! — mawiała matka, wzdychając na myśl rozstania.
— Straszno oddać w świat, za oczy! — szeptała babka — świat teraz coraz inny, cudzy, wraży. Szkoła cudza, urząd cudzy, mój Boże! Dziecko polskie dać w naukę do tych szkół! Straszne, straszne!
I nie decydowały się na nic.
Aż los przyszedł do Wacława.
Gródek rzadko miewał gości. Powstanie wymiotło na kraj ziemi większą część sąsiadów domowych. Z tymi, co zajęli ich domy i ziemię, nie było stosunków — rodzina rozpełzła się z czasem — przytem ludzie zgnębieni i pracowici nie radzi się bawią i odwiedzają.
Więc do osobliwości się liczyło, gdy razu pewnego pod czarny dwór zajechała bryczka pocztowa, a na niej podróżny w czapce urzędowej.
Gość długo czekał na domowych.
Urzędników przyjmowała pani Anna, więc zanim ją zwerbowano z folwarku, nikt do gościa w nienawistnym mundurze nie wychodził.
Zabawiał się tedy sam oglądaniem obrazów po ścianach. Były to stare sztychy i portrety. Sztychy przedstawiały Kościuszkę, Napoleona, Neya, Mickiewicza, księcia Józefa, hasła i typy ofiar ciężkich, krwawych a niewdzięcznych.
Żeby tych obrazów nie było na ścianach, reszta sprzętów i przedmiotów domowych nie byłaby tak uboga, zdarta, łatana, nie pokazywałaby tak dosadnie zawiedzionych nadziei i ciężkiej wypłaty za efemeryczną świetność.
Meble stały sztywno przy ścianach, zegar z kurantem na komodzie, naprzeciw szpinet odwieczny — na stole przed kanapą, pokrytym wytartą makatą, porcelanowe figurki i stare książki, w oknach wazonki z kwiatami, na kominie dwa piękne świeczniki bronzowe a pośrodku popiersie Lelewela.
Gość wyjrzał przez okno na stary ogród. Lipy stuletnie ocieniały dom, zakrywały widok.
Powrócił tedy do stołu przed kanapą i otworzył jedną z książek: były to „Śpiewy historyczne”.
Po twarzy obcego przemknął uśmiech, jakim się wita dawno niewidzianego przyjaciela dzieciństwa. Usiadł, i począł czytać.
Ale w tej chwili rozległy się kroki w dalszych pokojach, szept, szelest kluczów, otwieranie i zamykanie sprzętów i drzwi się otworzyły.
Weszła pani Anna, z twarzą zimną i urzędową, przygotowana na najgorsze, jak zwykle, gdy czynownik przyjeżdżał. Będą „bumagi,” „sprawki,” „prikazy.” Zapewne nowe ciężary, podatki lub sądowe przykrości.
Przed miesiącem kazała cichaczem odnowić krzyż przydrożny — zapewne o to będzie sprawa i sąd. Tak była tego pewna, że nawet miała w kieszeni pięć rubli łapówki dla urzędnika.
Ale urzędnik był nieznany, i na jej widok podszedł z uśmiechem i wyciągniętą dłonią.
— Ciocia mnie nie poznaje.
— Nie — (w mundurze nie miała krewnych). Potrząsnęła głową. — Co to? Szpieg chyba!
— A jaż Adam lłowicz.
— Adaś! — zawołała, jeszcze nieufna. — Przecie Adaś w Petersburgu służy — co? Pułkownik pono? I to ty masz być? Jakże twoja matka?
— Już od trzech lat w ziemi.
— Nie może być! W moim była wieku.
— Ale ciocia na jej córkę wygląda. Zgasła jak świeczka na zapalenie płuc. U nas klimat okropny. — Trzeba życie przeżyć, żeby przywyknąć.
— A Julek, twój brat?
— Razem żyjemy! On dobre ma miejsce, dochodne — inspektora w wojennej artyleryjskiej szkole. W tym roku dostał Włodzimierza pierwszej klasy. Ten pójdzie wysoko. Dobre ma plecy.
— A jakże? Żonaci jesteście?
— Julek zapewne tem skończy. Dobra partya, jej ojciec generał.
— Rosyanin. — Pani Anna tylko tyle rzekła, ale gość się zająknął.
— Nie, kozak! — rzekł i wnet dodał: — Ja zapewne zostanę kawalerem. Nie mam powołania do małżeństwa.
— I Julka powinieneś ustrzedz! — odparła surowo.
— Naturalnie, ja mu perswaduję. Panna przecie więcej ma mocy nademnie.
Rozśmiał się i mówił dalej:
— Otóż najniespodziewaniej dano mi komenderówkę w te strony — śledztwo — za grubo się przekradli, doszło aż do ministerstwa.
— A ty gdzie służysz — w policyi?
— Ciociu, litości! Proszę spojrzeć na mój mundur i nie hańbić go. Jestem inżynierem „putiejcem”.
— Daruj, nie chciałam ci ubliżyć, ale ja się na mundurach nie znam, inżynierów nie widuję. No, to dobrze, żeś krewnych przypomniał, bardzom ci rada — i ucałowała go w głowę.
Potem podeszła do drzwi, i zawołała:
— Basiu, możesz wyjść. To swój, Adaś Iłowicz. Trzeba go nakarmić i ugościć.
Synowa była młodszą edycyą świekry. Tak samo ciemno ubrana, poważna, — pomimo młodych lat już smutna i milcząca. — Zapoznała ich pani Anna.
— To syn Walerki Tuhanowskiej — mojej ciotecznej siostry — wyszła zamąż aż w Witebskie — opowiadałam ci — a ona — wdowa po Sewerynie. Nie znałaś go — urodziliście się w jednym roku — i niema go!
Tu spokojny głos pani Anny zadrżał i zadrżały usta.
— Zostało troje sierot — i nas dwie — wdowy! Żałobny dom, nie wesoło ci będzie.
— Ciociu, ja nie szukam wesołości. Bardzom rad familię poznać i może usłużyć. A dzieciaki już spore, chłopcy?
— Dwóch i dziewczyna! — szepnęła pani Barbara. — Najstarszy już się uczy trochę. Bardzo zdolny!
— Lubię dzieci, szczególnie dziewczynki. Takie małe kobietki, to ogromnie zabawne.
Pani Anna wyszła, by się zająć posiłkiem gościa. Synowa rzekła:
— Nasza mała nie zabawna. Mało mówi i nigdy się nie śmieje. Będzie mniszka chyba z niej.
Iłowicz się roześmiał.
— I ciotka i pani są też bardzo poważne!
— Mało widując ludzi, odwyka się od rozmowy, a żyjąc samotnie i daleko od świata, mało się ma tematu do gawędy. Milczenie staje się drugą naturą.
— Nie mają panie sąsiedztwa.
— Swoich nie. Majątki wokoło po powstaniu pokonfiskowano, należą teraz do rosyan i żydzi je dzierżawią.
— Przejeżdżałem przez ładny dwór, tu — o wiorst dziesięć.
— To folwark dóbr Potockich. Tam mieszka rządca, imiennik nasz nawet, Barcikowski, ale nie krewny. Bywa tu czasem, w interesie, my nie bywamy u niego.
— Więc panie tak zupełnie same, zawsze!
— Zawsze! — odparła spokojnie. — Panu się to zdaje okropne; w rzeczywistości, gdy się nawyknie, nie czuje się braku ludzi. Jest dużo zajęcia, dzieci, gospodarstwo, w zimowe wieczory szycie i czytanie. Dni, lata, płyną niepostrzeżenie.
— Ha, zapewne! Ostatecznie wszyscy dojdziemy do tego samego końca. Więc tu, już prawie niema polaków?
— A są, bo płacimy zawsze kontrybucyę za powstanie, a ma być zniesiona w powiatach, gdzie dwie trzecie ziemi przejdzie w rosyjskie ręce. Parafia nasza liczy pięć tysięcy wiernych.
— A parafia daleko?
— W miasteczku, skąd pan jedzie.
— O siedmdziesiąt wiorst. I bliżej niema kościoła?
— Były jeszcze trzy. Z tych najbliższy w przeszłym roku zamknięto z rozkazu rządu, bo miał wieże wyższe, niż cerkiew. Podaliśmy prośbę, żeby pozwolono zbić wieże, ale odmówiono. Podobno mają mury sprzedać na cegłę. Dużo trumien jest w podziemiach, może pozwolą je przenieść na cmentarz, nie wiem! Drugi kościół drewniany groził upadkiem, od dziesięciu lat proszono o pozwolenie restauracyi, napróżno. A czas, a klimat, co rok gorzej niszczył. Nareszcie zjechała komisya i zdecydowała, że restaurować już nie można, a że grozi życiu parafian, więc go zamknąć kazano. I zamknięto!
— To niepodobne do wiary! — zawołał Iłowicz.
— Jeśli pan zechce u nas zabawić, pokażemy panu oba, niedaleko są. Trzeci trochę dalej, o mil dwie, ale ten, choć otwarty, nikt się w nim nie modli.
— Dlaczego?
— Bo przed dziesięciu laty, zmuszono w nim proboszcza, żeby dodatkowe modlitwy odmawiał po rosyjsku. Ksiądz potem rewokował i zesłano go na Sybir, ale odtąd wymagają od jego następcy, by to samo czynił. Więc albo lata całe niema proboszcza, albo, gdy trafią na człowieka małej wiary, który się zgodzi, odprawia nabożeństwo w pustej nawie. Bywa na niem policyant — i nikt więcej.
— Zaczynam wierzyć w opowiadania kolegi Piotrowskiego, który nam kiedyś podobne rzeczy prawił, a myśmy go nazwali szowinistą i deklamatorem.
— Nikt nie wymyśli nad to, co oni wymyślili! — rzekła ponuro pani Barbara.
— To są warunki okropne i o ile się zdaje nieodwołalne. Biada zwyciężonym! Co prawda, samiśmy temu winni.
Rozłożył ręce ze współczuciem obojętnem, obowiązkowem. Był to ruch i ton człowieka, który z faktem się pogodził, zbył zasady niewygodne, jak papiery, które spadły, kupił inne, i dla ludzi, którzy tamte zatrzymali i zbankrutowali, ma litość napół z pogardą.
Pani Barbara milczała, patrząc w ziemię.
— Stało się! — rzekł Iłowicz z westchnieniem. — Przegraliśmy partyę, przepadł kraj i byt niezależny. Trzeba sobie utorować nowe drogi, zdobyć nowy byt, poświęcić nowe hasło i sztandar. Dosyć biadania na zgliszczach w ślimaczem zaskorupieniu.
— A gdzież ten byt i droga? — ozwała się pani Barbara. — Przecie nam wszystkie drogi zamknięto, byt odebrano. Nie wolno być urzędnikiem w żadnym wydziale, nie wolno niczem się zajmować, nic działać.
— Tylko tu, w tym kraju. Całe imperyum zresztą stoi dla nas otworem. Owszem nawet, bardzo chętnie nas tam widzą, mnóstwo porobiło karyery, mają świetne posady i urzędy. Tam nasz byt i droga, tam nas poważają i liczą się z nami, kiedy tu pozostałych mają w pogardzie i lekceważeniu. Bo i co ci tu wskórają uporem i bezsilnym buntem! Przeciw takiej potędze, co to znaczy. To śmieszne!
Pani Anna stanęła w progu jadalni i słuchała.
— Wiesz ty co, Adasiu — ozwała się, gdy skończył. — Żebyśmy tak bezsilni byli, nie zużywaliby oni na nas tylu sił, nie byłoby wyjątkowych praw i gwałtów i nie trwalibyśmy dotychczas. Masz słuszność, tam byt i karyera, ale tu fundament. Żeby za ten byt nic im nie zaprzedać, byłoby dobrze; lecz straszno, bardzo straszno, żeby to, co się zatraci, nie było droższe nad tysiące, i chwałę, i ordery.
— Ciocia myśli o zatraceniu narodowości?
— Nie. Sumienia! Widzę ja urzędników, słyszę o eks-urzędnikach jako o nowych tutejszych obywatelach. Nikt nie spełnia obowiązku i za to pobiera pieniądze. I takie społeczeństwo ma nam dać byt — jakiż to byt! To rozkład i trucizna!
— Ależ, ciociu, któż może za wzór narodu brać tutejszych urzędników, szumowiny i śmiecie!
— Przepraszam ciebie! Ich tu przysyłają na apostołów i kierowników. To są „patryoci!” Ich jest tysiące, może dziesiątki tysięcy. Szumowiny inne rządy usuwają od obcowania ze zdrowymi.
— To prawda, że com widział tu urzędników, to nie ciekawe figury. No, ale to naturalne, że na eksport idą zawsze żywioły niesforne, awanturnicze, a tu pokus im nie brak. Społeczeństwo jest zdrowe i potężne.
— Więc jeżeli urzędnicy są z szumowin, z czegóż pochodzą ci, co tu nabywają majątki?
— To są aferzyści, złakomieni na łatwy zarobek. Kupują za bezcen, i rzucają, wyeksploatowawszy.
— Ależ ta ziemia jest częścią tej potężnej imperyi, a oni z niej czynią pustynię. Sprzedają w pień lasy, wbrew prawu, oddają w dzierżawę żydom, wbrew prawu. Więc ci ludzie także nie spełniają obowiązków. Któż tedy z nich służy idei? Kto utrzyma naszych, tam idących, w poszanowaniu zasad i sumienia i czego się od nich nauczymy tam.
— Polaków zasad nie trzeba uczyć! — rzekł z godnością i dumą Iłowicz.
— Ale oni je tam zatracić mogą, skażeni złym przykładem.
— A tu zmarnieją w bezczynności i nędzy! Wierzę, że bez idei żyć nie można, ale i bez chleba nie sposób. Co czynić zatem?
— Tak! Co czynić? — powtórzyła zamyślona pani Barbara.
Rozmowę przerwało wejście chłopaka najstarszego. Było to dziecko bardzo ładne, o myślących ciemnych oczach, smukłe, zgrabne; szedł do ogrodu na rekreacyę i na widok obcego chciał się cofnąć.
— Chodź tu, Waciu, przywitaj wujaszka! — zawołała nań babka.
Podszedł bliżej i ukłonił się, zarumieniony aż po oczy. Iłowicz wziął go za ramiona, do siebie przyciągnął i pocałował.
Więc ty jesteś najstarszym z rodzeństwa. Cóż, uczysz się już? Do gimnazyum się przygotowujesz?
— Uczę się, ale do gimnazyum nie pójdę! — odparł chłopak z przekonaniem.
— Dlaczego?
— Bo to drogo kosztuje!
Matka się zarumieniła, zawstydzona ubóstwem, ale pani Anna potwierdziła spokojnie:
— Prawdę mówi. Ciężko nam jest i kuso! Wychowanie szkolne będzie kosztowało tysiące. Siedm lat gimnazyum, cztery lub pięć uniwersytetu — a potem co? Zdobędzie chłopak dyplom, a zarazem wyrok wygnania z kraju. A przez te lata gdzie on będzie, pod jakiem wpływem, w jakiem towarzystwie.
— Niech mi go panie dadzą do Petersburga. Umieszczę go bezpłatnie i dopilnuję sumiennie! — zawołał Iłowicz.
Chłopak spojrzał nań zdumiony, wystraszony, potem na babkę i matkę.
Pani Anna ruszyła ramionami.
— Takiś sam raptus, jak twoja nieboszczka matka. Jej dobre serce nigdy nie rozważało, ani rachowało. Chodź jeść tymczasem.
— Ależ ja mówię z rozwagą — opierał się Iłowicz, gdy zasiedli w jadalni. — Zresztą to mi żadnego kosztu ani kłopotu nie przyczyni. Mam znajomych we wszystkich zakładach. Mogę go nawet ulokować u „Prawowiedów”.
— Co to takiego? — spytała pani Barbara.
— To najwyższa szkoła jurystów. Internat, prowadzony wzorowo, nauki najpoważniejsze i kto stamtąd wychodzi, ma zapewnioną posadę rządową w sądownictwie. Kto się tam dostanie, ten wielki los wygrał. Ba, ba, jeśli chłopak zdolny, to wysoko pójść może! Sędzia śledczy, prokurator, prezes sądu. Śmietanka urzędnicza! Karyera!
Kobiety milczały. Po chwili odezwała się pani Barbara:
— Chłopak bardzo zdolny. Egzaminował go niedawno pan Jazwiński, nasz sąsiad, który właśnie uniwersytet skończył i mówił, że mógłby do drugiej klasy wstąpić.
— Szkoda, by się zmarnował!
— Co to? Zmarnował! — wtrąciła pani Anna. — Jak będzie uczciwym człowiekiem, to nie zmarnowany. Ja się o młodszego boję, by ten wstydu nie zrobił.
— Pewnie urwis! — uśmiechnął się Iłowicz.
Babka machnęła tylko ręką, matka westchnęła.
— Niechże mi go ciocia pokaże!
— Nie ciekawy! Tenby potrzebował ojcowskiej ręki i rózgi. Ten się zmarnuje, bo my mu rady nie damy. Nieszczęście!
Wacio stał u okna, zamyślony, wyglądając na podwórze, ciekawy rozmowy starszych. Zwróciła się do niego.
— Nie wiesz, gdzie Filip? Był na lekcyi?
— Był, ale go pan Tedwin zamknął do lamusa, żeby się lekcyi nauczył.
— Poproś pana Tedwina, żeby go tu przysłał.
— Kiedy go już w lamusie nie ma. Okno wybił i uciekł.
— Oto masz! — rzekła pani Anna.
— Ileż mu lat? — śmiał się Iłowicz.
— Dziesiąty zaczął.
Zawołała starego lokaja.
— Piotrze, zawołajcie-no Filipa. Pewnie jest na rzece.
Stary coś zamruczał i poszedł, wcale się nie kwapiąc. Wiedział dobrze, że zadanie było nad jego wiek i siły.
— Ja go przyprowadzę! — rzekła pani Barbara.
Gdy wyszła, pani Anna westchnęła.
— Za wiele spadło na moje barki. Po śmierci Seweryna zostały długi i zobowiązania, jakby życie na nowo rozpoczynać! A tu strach w oczy mi zagląda, że śmierć ubiegnie, zanim wypełnię obowiązki. Mam już sześćdziesiąt lat, a małe dzieci trzeba wychować. Basia nie podoła bezemnie.
— Ciociu, szczerze proszę, dajcie mi tego chłopaka. Nie ożenię się, będę miał dla kogo żyć i zbierać. Doprawdy, zajmę się nim, jak własnem dzieckiem.
— Lękam się! — szepnęła staruszka, trzęsąc głową.
— Zobaczy go ciocia co roku na wakacye. Przecież naszych w Petersburgu kształci się tysiące, szkoły najlepsze.
— Ech, gdziebym ta śmiała ciebie wyzyskiwać — rzekła, widocznie zachwiana w swem oporze.
— No, no, pogadamy jeszcze o tem! Ja tu, jeśli ciocia pozwoli, parę dni zabawię, a że w miasteczku będę musiał dłużej posiedzieć, jeszcze razy kilka o gościnność poproszę. Ciocia pomyśli, rozważy i może się zgodzimy.
— Tak, tak, nic nie nagli. Jedz i wypocznij. Pewnieś upałem zmęczony, każę ci pokój przygotować. U mnie w domu, jak syn się uważaj.
I na tem się skończył pierwszy szturm o dziecko.
Iłowicz posilił się, a że istotnie srodze był zmęczony drogą, na pocztowej bryczce, chętnie się zgodził na kilka godzin snu.
Dano mu pokój ustronny, chłodny, przyćmiony i po chwili dom cały zapadł w ciszę — letniego południa. Pani Anna poszła na łąki, do kosarzy; pani Barbara po bezowocnem szukaniu Filipa, zajęła się nabiałem w piwnicy, pan Tedwin, guwerner, który też w gospodarstwie pomagał, ruszył do spichlerza, a Wacio z siostrzyczką poszli do ogrodu, bawić się.
Jadwinię polecano zwykle chłopcu i on swą rolę spełniał sumiennie. Brał ją za rękę i prowadził w kąt ogrodu, gdzie mieli sobie oddany kawałek ziemi, który im wolno było samodzielnie uprawiać. Kawałek ten podzielili na dwie części, nie mogąc się z Filipem pogodzić. On w swej części chciał mieć puszczę, a w niej fortecę. Znosił tedy cegły i kamienie, włóczył gałęzie i deski — kopał rowy, urządzał fantastyczne mieszkania na drzewach lub w ziemi. Uprawy nie chciał, nic nie sadził, ani siał. Oni na swej części mieli grzędy i altany, darniowe ławki i gracowane ścieżki, a w starej budzie — opuszczonej lodowni — chowali króliki.
I tego dnia, jak zwykle, zebrali przedewszystkiem liści warzywa dla swego inwentarza i poszli do budy. Króliki zbiegły się na wołanie i brały karm z ręki Jadwini. Wicio tymczasem dobywał narzędzia: gracę i grabie.
W tem, w puszczy Filipa, rozległo się gwizdanie — het, gdzieś na drzewie.
— Filip, mama woła! — rzekł brat.
Wśród gałęzi widać było fantastyczną budowlę kijów, łozy i desek. Z przedziwnym sprytem dziki chłopak to sobie urządził i był tam istotnie niedostępny, dla babki, matki, starego Piotra i pana Tedwina. Że zaś podobnych kryjówek i gniazd miał mnóstwo w oogrodzie, nie można go było wytropić.
Słyszał wołanie brata, ale dalej gwizdał.
— Filip, idź do mamy, gość przyjechał, wujaszek z Petersburga, chce ciebie widzieć.
Zamiast odpowiedzi, z góry padł kamień i strącił mu kapelusz. Wacio się zaperzył.
— Jak śmiesz mnie bić?
— Precz, ty gramatyko! Mam łuk i procę, bądź rad, że ciebie nie zaczepiam! — odparł zuchwały głos z drzewa.
— Waciu, daj mu pokój! — szepnęła Jadwinia. — Wczoraj mnie straszył, że nasze króliki wypuści do ogrodu i z łuku postrzela. On to zrobi, jak się rozgniewa.
— Niechby spróbował. Ale on odważny na gębę tylko.
— Ja! — oburzył się Filip, ukazując się z pośród liści.
— Ty! — potwierdził śmiało starszy.
Gałęzie zachybotały. Jak kot przesunął się po nich na dół i stanął przed nimi chłopak barczysty a chudy, jak bywają chłopskie wyrostki, o twarzy zuchwałej, nieładnej, spalonej słońcem i wichrem. Czarne włosy jeżyły mu się na głowie, odzież była podarta, ręce pokaleczone, nogi bose.
Miał w ręku łuk, bardzo dowcipnie zrobiony, o cięciwie z włosienia a za pasem procę skórzaną i pałkę okrutną, jak buławę.
— No, czem się ty będziesz bronił! — zawołał — kładąc strzałę na cięciwie.
— Ot czem! — odparł Wacio i zanim się tamten opamiętał, chwycił go za ramiona, łuk z rąk wytrącił i poczęli się szamotać.
— Jadwisiu, pomóż! — wołali, to jeden, to drugi.
Jadwisia radaby usłuchała Wacia, ale gdy tylko się zbliżała, Filip ryczał: Króliki! i cofała się, wylękła. A oni się tarzali po ziemi, snać sił równych nie mogąc zwyciężyć.
Bitwy takie trafiały się codziennie, ale Wacio czuł, że brat coraz silniejszy. I nie dziw. On je toczył z musu, tamten za sport i honor sobie miał, i ćwiczył się z wiejskimi kolegami w każdej wolnej chwili.
— Puść! — zawołał jeden.
— Nie duś! — zajęczał drugi.
Obadwaj tracili siły. Wacio chciał honor zachować.
— Puszczę, gdy przysięgniesz na pokój!
— Ale nic ci nie dam!
— Byleś nas w spokoju zostawił.
— Byleś mnie nie śmiał tchórzem nazywać.
— No, puść!
Chwilę sapiąc, siedzieli na ziemi naprzeciw siebie. Nie mieli już żadnego gniewu, ani myśli zdrady.
— No, pomożesz nam gracować! — rzekł Wacio.
— Jeśli mi pomożecie wykopać jaskinię!
— Masz tyle dołów, po co ci jeszcze jaskinie! — protestował Wacio, który wolał czytać głośno z Jadwinią.
— Po co? Bo trudno ją zrobić! — odparł Filip — a w razie wojny, najlepsza to forteca. No, dajcie gracę, a mała bierz grabie.
Wziął się zajadle do roboty, udając dorosłego chłopa, spluwając w ręce, ocierając rękawem pot z czoła i gwiżdżąc. Wkrótce wyprzedził ich daleko, skończył robotę i na gracy wsparty, począł im urągać.
— Panycz, panienka! — drwił po rusku — panowaty zdużajut, a roby ty, Pyłyp! — i zaklął grubo.
— Fe, Filip! Żeby to babunia posłyszała! — odparł Wacio, zasapany.
— Toby dała w skórę, jeślibym się dał złapać! — odparł tamten lekceważąco. — No, chodźmy do jaskini! Mała nieś rydel!
Kapelusz zsunął z czoła i poszedł naprzód.
Poprowadził ich przez chmiele i chwasty, na piasczysty wzgórek, gdzie zakopywano kartofle. W jednym z tych dołów rył już oddawna w głąb i wygrzebał sporą jamę. Piasek się ciągle osuwał i psuł w jedną chwilę tygodniową robotę. Z cierpliwością niepojętą, przy jego niespokojnej naturze, chłopak rozpoczynał pracę na nowo.
I teraz kopaniem sam się zajął. Jadwinia zbierała piasek do koszyka. Wacio go z dołu wynosił. Pracowali tak więcej godziny, mało co mówiąc, zziajani, gdy w tem Filip zaklął, piasek się znowu osypał, napełnił jamę. Jadwinia, która się przejęła zadaniem, była blizka płaczu, Wacio koszyk cisnął.
— Nic z tego nie będzie — zdecydował. — Chodźmy ztąd!
— Jakto, nie będzie! — oburzył się Filip. — Ja sobie poprzysiągłem, że zrobię — i zrobię! Ma mnie głupi piasek zwojować, a nie doczekanie!
— To sobie sam rób, ja nie głupi! Chodź Jadwiniu! — rzekł Wacio.
— Idźcie, idźcie, próżniaki! Idźcie panować i bawić się. Ja i bez was się obejdę i będę miał jaskinię!
I napowrót rozpoczął niewdzięczne zadanie.
Długo się męczył sam, gdy w tem z góry dobiegł go nieśmiały głosik Jadwini:
— Filip, może ci pomódz!
— A gdzieżeś podziała panicza?
— Przyszedł do naszego ogródka ten wujaszek, co to przyjechał, powiedział Waciowi, że go ze sobą zbierze, kazał pokazać kajeta i książki, poszli do domu, a ja tu! Dlaczego ten wujaszek ma Wacia zabrać?
— A no, pewnie do szkoły. On się tu na nic nie zdał, niech jedzie!
— A jak on pojedzie z wujaszkiem, to jakże będzie z ogródkiem. Może on i króliki z sobą zabierze?
— Głupiaś. I króliki i ogródek ja obejmuję pod moją władzę. A ty będziesz musiała mnie słuchać.
Była to dla Jadwini tak straszna ostateczność, że usiadła w piasku i poczęła płakać. Filip wyjrzał z dołu.
— A co? Boisz się mnie, ty mała. To dobrze!
Jadwinia szlochała coraz bardziej.
— Czego ryczysz? Przecie ciebie nie biję. Jak mnie będziesz słuchać i przysięgniesz mi wierność, będę dobrym wodzem!
To wcale nie uspokoiło dziecka. Zanosiła się łkaniem. Szczęściem opodal za płotem, ścieżka szła od piwnicy i wracała nią pani Barbara. Dzieci jej nie widziały, aż stanęła nad samym dołem.
— Co ty tu robisz, Filipie? — spytała swym łagodnym, cichym głosem.
Chłopak obejrzał się przerażony i pierwszy ruch był — do ucieczki. Myślał, że to babka.
Ale przed matką nie uciekał nigdy. Pozostał tedy i odparł spokojnie:
— Jaskinię sobie kopię!
Pani Barbara przytuliła do siebie Jadwinię, ocierając jej łzy i całując w głowę. Dziecko przytuliło się do niej, objęło rękami. Nie pytała, czego płacze, ale pocieszała, dziecko się nie skarżyło, ale przestało łkać. Usiadła z niem na ziemi, na skłonie dołu i spytała dalej Filipa.
— A pocóż ci jaskinia?
— Żeby mieszkać!
— W piasku nic nie zbudujesz, chyba dasz podpory w tym twoim korytarzu.
— Jakto?
— Ano, po bokach utwierdź kołki i na nich połóż deskę, wtedy ci się piasek nie osypie.
— To prawda! — rzekł uradowany. — A kto mamę nauczył?
— Czytałam to w książce, gdzie opisują przygody jednego rozbitka na bezludnej wyspie.
— I on sobie jaskinię zrobił?
— Zrobił sobie mieszkanie i sprzęty i broń i odzież.
— Tak, — sam??!!
— Sam, i bez żadnych narzędzi, bo z okrętu rozbitego uratował tylko życie.
— A jakże on to zrobił?
— Żebyś chciał posłuchać, tobym ci to przeczytała.
— Kiedy?
— Ano, wieczorem, albo rano! Ale ciebie nigdy w domu nie ma, i gdy cię wołam — uciekasz.
— Nieprawda! Umyślnie od mamy nigdy nie uciekam, ale nie mam czasu siedzieć w domu, a jak wpadnę w ręce pana Tudwina, albo babuni, to już cało nie wyjdę. A już mam swoje gospodarstwo i robotę.
Uśmiechnęła się nieznacznie pani Barbara.
— Pokaż że mi swoje gospodarstwo? — rzekła poważnie.
Chłopcu pochlebiło to zajęcie. Wygramolił się z dołu.
— A co mama chce pierwej zobaczyć, moje domy, czy moje dobytki? — spytał.
— Domy! — odparła.
Poprowadził ją tedy w najgorsze gąszcze i chmiele, ścieżkami, które sam wydeptał i pokazał fantastyczne budowle. Musiała podziwiać pracowitość i spryt, z jakim je klecił samoistnie, swemi małemi siłami, z desek, gałęzi i liści. W jednem, wydłubanem w spróchniałej olbrzymiej topoli, miał swe skarby i dostatki. Posłanie z mchu, narzędzia, wycyganione u dworskiego cieśli i kowala, zapasy żywności, to jest różne warzywa i owoce i broń. Pokazał jej wszystko — dumny — a ona pomyślała, że był w nim materyał, ruda, którą, jeśli kto przetopić i odkuć potrafi, użyteczną się stanie. Byle go okiełzać było można.
Dotychczas wszelkie próby kultury okazały się płonne. Teraz próbowała jeszcze innego sposobu.
— Bardzoś to dobrze urządził! — rzekła, kładąc mu ręce na ramiona i całując w czoło. — Żebyś mnie kochał, tobyś już w niejednem pomódz mógł.
— Jak mama mnie będzie potrzebować, to pomogę! — odparł z przekonaniem. — Postawię jeszcze jeden dom, tak wielki, żeby i mama się zmieściła. A może mama chce ryby? — dodał uprzejmie.
— I owszem! Gdzież twoja ryba?
— Zobaczę, czy się co wzięło.
— Gdzie? Zastawiasz więcierze?
— Oho, chłopy zastawiają, ja wytrząsam. Oni później odemnie wstają.
— Ależ to kradzież, Filipie.
— Nieprawda! Babunia gniewała się na Sawę strażnika, że pozwala chłopom u nas kosze zastawiać. Sawa pozwala, bo mu za to dają wódkę, ale ryba nasza — ja zabieram.
— I cóż z nią robisz?
— Nic, do wody wrzucam. Czasem komu dam.
— Komuż?
— Bazylowej! — odparł niechętnie.
Bazylowa była to stara niańka, emerytka, która jedna w całym dworze lubiła urwisa.
Pani Barbara zrozumiała nagle, że ta stara chłopka potrafiła lepiej od niej oswoić dzikie dziecko.
— A czemużeś mnie nigdy nie dał?
— Czy ja wiem, co w domu robić? — mruknął. — Tam wszyscy na mnie krzyczą, a pan Tedwin linię mi na łapach onegdaj połamał.
— Bo trzeba się uczyć, dziecko. Widzisz, Wacio się uczy, za to go ten wujaszek chce z sobą zabrać do szkół, gdzie jest mnóstwo kolegów.
— Niechby mnie spróbował stąd zabrać. Za nic bym nie poszedł! — oburzył się Filip. — Ja się nie chcę uczyć, ja chcę pracować!
— Nauka jest najlepszą pracą.
— Nieprawda — pan Tedwin mówił, że trzeba się uczyć, żeby módz panować i nic nie robić. Wacio to lubi, ja nie chcę.
— A czemże ty chciałbyś być?
— Ja będę wielkim siłaczem i takim chytrym, że mnie nikt nie okpi!
— Okpi cię biedaku każdy, kto czytać i pisać będzie umiał. A ja myślałam co innego o tobie.
— Co mama myślała?
— Myślałam, że gdy Wacio do szkół pójdzie, ty Jadwinią się zaopiekujesz, mnie pomożesz, a jak wyrośniesz, babunię wyręczysz, będziesz gospodarzem, naszą pomocą i podporą!
Chłopak się zamyślił i milczał.
— A ty Jadwinię krzywdzisz, do łez doprowadzasz. To nieszlachetnie, boś silniejszy a ona malutka.
— Ja jej nie krzywdziłem, ona beczy, sama nie wie, po co. Ja jej nic złego nie zrobiłem. Co mi za sława z taką figą wojować.
— Wojować godzi się z silniejszym, a ze słabszym to wstyd.
— Jabym i mamie pomógł, ale proszę mi konia dać! — zawołał nagle.
— Konia, a to po co?
— Bo będę miał swoje gospodarstwo i mamine. Trzeba mi koniecznie konia.
— Żeby cię zrzucił i pokaleczył.
— O jej! Małom się ja na chłopskich najeździł i jeszcze mnie żaden nie zrzucił. Na łące złapię i jadę. O jej!
— Konia ci darować nie mogę, bo nie mam, ale mogę ci dać to kasztanowate źrebię od ogrodowej klaczy, jeśli mi za nie odsłużysz i będziesz posłuszny.
— Oho, mama zechce, żebym siedział w szkole nad książką. Tego ja nie mogę obiecać, bo nie wytrzymam. Nie cierpię pana Tedwina, bo on podły.
— Dlaczego podły? Fe, Filip!
— A podły, bo on silniejszy, a ja słabszy i on mnie bije. Mama sama mówiła, że to wstyd!
— To co innego, on cię karze i ma prawo, bo jest władzą twoją, której nie słuchasz.
— Et, co on za władza! — pogardliwie rzekł chłopak.
— Więc, kiedy on ci wstrętny, ja ciebie uczyć będę. Dwie godziny na dzień, a poza tem będę się tobą wyręczać, będziesz mnie pomagał i będziesz się Jadwinią opiekował. Za to daruję ci źrebię.
— Całkiem mama daruje?
— Całkiem, jeśli ty mi dotrzymasz zobowiązania.
— Pomyślę! — odparł chłopak z całą powagą.
Ucieszyło to panią Barbarę, że lekkomyślnie się nie zgodził. Snać chciał wypełnić sumiennie.
— No, a teraz powiedz mi, gdzie są twoje buty i nowy spencerek. Trzeba się ubrać przystojnie, bo gościa mamy, który się o ciebie pytał.
— Buty są u Bazylowej, a spencerek, to się podarł wczoraj.
— Ależ, dziecko, ledwieś go dostał. Ty wcale mnie nie kochasz, że tak niszczysz i nie dbasz o ubranie.
— Co ja zrobię, że się podarł? Ja o drugie nie proszę. Mama mi sprawia takie niemocne, że byle na jedno drzewo się wdrapać, to już się podrze. Bazylowa obiecała zaszyć, jedna tylko dziura na plecach, zaczepiłem się o gałęź i zaraz się przedarło, żeby nie koszula mocna, tobym spadł.
— Ach, Filip, jakże ty się wujowi pokażesz?
— Niech się mama nie martwi. Zjem kolacyę u Bazylowej, co mi za ciekawość — wuj!...
— Ależ musisz przyjść, dziecko. Co sobie wuj pomyśli?
— A zkądże on o mnie wie? Pewnie pan Tedwin mnie ogadał przed nim!
— Et, bredzisz. Chodźże ze mną. Dam ci niedzielny garnitur, przynieś buty!
Chłopak się kopnął do oficyn, ale za pierwszym klombem zmienił kierunek i popędził w ogród.
Tam nad rzeką, na łączce pasła się klacz, obsługująca ogród i dwór.
Chłopak, opodal jej, w trawie usiadł i począł źrebię oglądać pożądliwym wzrokiem.
Może je posiąść, ale jakim kosztem? Ciężką walkę toczył z sobą, jednak pokusa była za ponętna. Zerwał się, źrebię złapał za szyję, pocałował w chrapy — i poleciał do Bazylowej po buty.
Przy kolacyi Iłowicz poznał tedy całą gromadkę w komplecie, ale uważał tylko na Wacia: Stanowczo z lekko rzuconej propozycyi, doszedł do prawdziwej chęci zabrania ze sobą ładnego, inteligentnego dziecka. Bawiła go myśl, że sobie wychowa chłopaka, że będzie miał zajęcie i rozrywkę, a znajomych zaintryguje — tym nabytkiem.
Na tamtych dwoje ledwie spojrzał.
Pani Anna opowiadała mu swe gospodarskie kłopoty, a był to temat dla niego bardzo ciekawy i nieznany.
— Tak, dziko u nas, o kulturze ani słychu, i jakżeby się dała zaprowadzić. Rąk nie ma do pracy, chłopi tyle ziemi dostali po uwłaszczeniu, że dotąd jeszcze odłogiem leżą całe szmaty ich pól, tak zw. „wakantnych.” Na naszych gruntach i lasach mają serwitut.
— Jakże to jest? Czytam o tem czasami, ale doprawdy nie rozumiem.
— A no, wieś ma prawo pastwiska na dworskich gruntach, a z lasu mogą brać opał i materyał.
— Tak, darmo?
— A darmo.
— No, a któż podatki płaci?
— A no, my.
— Więc czyjeż to jest właściwie?
— Tego, kto tem rozporządził — chyba rządu — odparła gorzko pani Barbara.
Pan Tedwin, guwerner, szlachcic okoliczny, który w procesach z chłopami stracił swój folwarczek i goryczy morze zebrał, wmięszał się do rozmowy.
— Ta, w Gródku jeszcze pół biedy, bo obszar okrutny, więc tak nie dokuczy, ale u nas, panie, było szlachty pięć dworów, a na to trzy wsie. Ogrody nam spasali, las wyniszczyli do krzaka, wpędzali bydło na grzędy z kwiatkami, pod oknem. Kiedym ze szkół wrócił, chciałem coś postępowego zaprowadzić, zasiałem koniczyny, wysadzałem drogi, poprawiłem rasę bydła, chciałem las oszczędzić, hodować!! Com posadził, wyłamali — com zasiał, spaśli — com hodował, kradli, lub niszczyli. Potem mieszkałem już u sędziego w „kamerze”, bo adwokatów nie było czem opłacać. Przegrywałem zwykle, bo każdy sędzia tutaj, to chłopoman i „apostoł”, na łapówki nie starczyło mnie zaś! A kiedym wygrał — to była fikcya — wyrok, wobec tłuszczy. Wojskaby trzeba, żeby sprawiedliwość wymierzyć; nazajutrz był nowy gwałt, bezprawie, rozbój — i znowu sprawa. Jeszcze i mścili się. Spalili mnie trzy razy, a żem się zawsze ubezpieczał, więc zaczęli bydło truć. Takim trwał dziesięć lat. Nareszcie nie stało energii, zdrowia i środków, poddałem się! Aż tu w przeszłym roku przychodzi rozkaz, żebym dla chłopów dał drew i materyału, bo już lasu nie było, zniszczyli go, wyrąbali, zagajnik spaśli. Nic, zostały krzaki.
— Więc zkądże pan miał dać — zawołał Iłowicz.
— Kupić miałem — rozumie pan — kupić!
Chuda, ostra, żółtą skórą pociągnięta twarz szlachcica stała się przerażającą wyrazem wściekłości.
— Tegom już nie wytrzymał. Sprzedałem niedobitki inwentarza, sprzedałem budynki, narzędzia, nasiona i uciekłem z duszą. Człowiek się na mękę rodzi, to prawda, ale co zanadto, to basta.
— Doskonale pana rozumiem. Tylkobym to był od razu zrobił, żeby mnie los pokarał taką własnością.
— Nie mów tak, bo decydujesz o rzeczy, której nie rozumiesz! — rzekła pani Anna. — A pan Tedwin także niech wobec mnie nie udaje, że rad jest ze swego czynu. Źle zrobił, i czuje to i choruje na żółć i wątrobę, teraz dopiero, kiedy pozbył się kłopotu. Czemu pan przedtem zdrów był, czemu?
— Bom był młody i silny!
— Nieprawda. Był pan zdrów, bo sumienie miał spokojne! Po co kłamać, albo ja nie wiem, gdzie pan jeździ w niedzielę, niby to do kościoła. Myśli pan, że gdyby pan naprawdę jechał do kościoła, gdzie ten tam śpiewa po rosyjsku, ja bym pana puściła przez próg mego domu! Ale ja wiem, że pan jedzie do swej opuszczonej Zielonki, popatrzy na nią, dowie się, co się z nią dzieje, powłóczy się tu i tam i wraca, głowę zwiesiwszy.
— Prawda, bywam! — zaperzył się Tedwin — ale po to tylko, żeby się doczekać, aż się chłopi między sobą pozarzynają!
— Mój panie! Po co te wykręty? Ciągnie tam pana kleszczami — i było mnie się poradzić, zanim pan głupstwo zrobił. Stara jestem, znam choroby, wiem lekarstwa i wiem, czego się wystrzegać. Warunki są bardzo ciężkie, ale jeśli panu się zdaje, że ten bitwę wygrał, kto się z pola wycofał, to niech pan chłopcom historyi nie wykłada!
Tedwin milczał, pobity.
— A jakże ciocia daje sobie rady z serwitutami? — zagadnął Iłowicz.
— Staram się tem nie irytować, kiedy zmienić nie mogę, spraw nie rozpoczynam, chłopów nie drażnię. Dawniej, za mego męża, stosunki z wsią były fatalne, jest o tem nawet legenda. Teraz spokojnie. Ale powiedz, co za rezultat z takiego ustroju. Naturalnie uczyniono to, by zaszczepić ferment między dworem a wsią, osłabić żywioł polski. Ale czy to moralne, czy sprawiedliwe, czy korzystne dla samego państwa? Chłop karmiony jest nienawiścią dla inteligencyi, zbałamucony stronnością praw i sądów, zdemoralizowany przez urzędników.
A przecie to poddani tego państwa! O krok nie postąpili ani w oświacie, ani w dobrobycie — zdziczeli tylko, jak ciemny tłum, któremu wszystko wolno. Wolno im dzisiaj wyzyskiwać i krzywdzić dawnych panów, a później, odcierpią za to dzisiejsi panowie. Kto sieje wiatry, zbiera burze! Nie myślą o tem „patryoci i apostołowie!”
— To okropne, co oni z chłopów zrobili! — rzekł Tedwin. — Szkółki uczą czytać i pisać niby, ale chłop nie ma co czytać i gdy naukę skończy już ją zapomniał. Ledwie setny umie nagryzmolić swój podpis. Religia jest formą, zabobony pogańskie w całej świetności, niemoralność, o której pojęcia nikt niema, kto tego nie widział, nie żył wśród nich; kradzież zwyczajem, nieposzanowanie rodziców, mordy, gwałty, pijaństwo, pieniactwo, mściwość. A przytem żywot nędzny, w brudach, niechlujstwie, bez żadnych aspiracyi i uczuć, na poziomie domowych zwierząt. Życie mi oni zatruli, ale czasami żal mi ich szczerze.
— Ale jakże tu się urządzają nowonabywcy, rosyanie?
— Wcale o tem nie wiedzą. Majątki ich żydzi dzierżawią.
— Okropne warunki! I ludzie stąd nie uciekają! Chyba robią świetne interesa?
— Tak, świetne! — potwierdziła lakonicznie pani Anna, wstając od stołu.
Na to hasło pierwszy ulotnił się Filip, sturknąwszy babkę w łokieć, w formie podziękowania za posiłek, po nim znikła Jadwinia, wyszedł Tedwin, aby na gumnie pani Annie być pomocnym, a pani Barbara zaproponowała gościowi spacer i zawołała ze sobą Wacia.
Wyszli tedy przed dom, za bramę, piaszczystą drogą, ku rzece. Dzień się miał ku schyłkowi, ciepły, cichy, przesiąkły wonią traw skoszonych i wijgotnemi oparami.
Rozejrzał się Iłowicz po okolicy. Brzydka była i monotonna. Szara wieś z jednej strony, o wiorstę może od dworu, piaszczyste pola, zasiane ubogiem zbożem, już płowem, na horyzoncie czarna linia lasów olchowych, po nad rzekami, gdzieindziej samotna sosna, wiatrak na wydmie, i nieskończoność łąk, łąk — jak okiem sięgnąć, na których, jak klomby, rozrastały się ogromne łozy i dęby rosochate i niskie, pełne pszczelich ulów, w kłodach wyżłobionych.
Tylko za dworem i sadem, kędy rzeki się zbiegały w jedno potężne ramię, zwracał wzrok i uwagę wzgórek, widocznie sypany, a na nim w chmielach i krzakach, gruzy forteczki Barcikowskich.
— Jak tu cicho, pusto! — rzekł Iłowicz — stając i rozglądając się wokoło. — Te wody nie widać, aby płynęły; senność tu ogólna i jakieś zadumanie w całym krajobrazie. Czy tu ludzie kiedy śpiewają i śmieją się?
Jakby w odpowiedzi, ktoś w łozach śpiewać począł. Dziewczyna zganiała bydło do domu z za rzeki. Widać było w gąszczu łby rogate i pastuszkę w okopconej od dymu koszuli i spódnicy, bosą, ledwie odzianą, z pękiem jakichś traw na plecach.

Nie śpiew to był, ale zawodzenie, jęk, skarga.

Już ludzie pożęli
A nasze pomięli.
Oj dolaż moja, dola.
Swoje powozili
Nasze poniszczyli.
Oj dolaż moja, dola.

Iłowicz uszy zatkał, pani Barbara smutno się uśmiechnęła.
W tem, bydło wydostało się nad rzekę i weszło w nurt. Płynęły zaraz i ukośnie pod prąd, płynąć poczęły ku wsi. Dziewczyna na brzegu miała czółno, raczej koryto niezdarne, w niem zamiast wiosła, gałąź sosnową. Odbiła i począł ją także prąd nieść, mało co pomagała gałęzią i zawodziła dalej.
— Utopi się! — szepnął Iłowicz przerażony.
— Pływa jak kaczka i codzień odbywa tę przeprawę.
— I to jest śpiew!
— Tak, jaki krajobraz, taka melodya. Weseli nie bywają oni nigdy, chyba nietrzeźwi.
— Mój Boże, jakie to smutne. Dlaczego te ule stoją na drzewach, nie na ziemi?
— Bo co wiosny rzeka wzbiera i zalewa te łąki do wysokości właśnie tych uli. Wtedy jesteśmy jak na wyspie, zupełnie od świata odcięci.
Z za rzeki teraz rozległ się tentent koni i ukazało się stado duże, które zaganiało dwóch chłopaków oklep. Z pluskiem wszystko wpadło w wodę.
— To nasze! — ozwał się Wacio — Filip już tam.
— Gdzie? — zawołała przerażona pani Barbara.
— A, ot na bułanym płynie. On to codzień robi. Tak się dziś złościł przy kolacyi, bo się bał, że nie wyśpieszy.
Wśród parskających głów końskich, wypatrzyli czarną czuprynę urwisa. Bez uzdy, rękami obejmując szyję konia, płynął. Pani Barbara pobladła, Iłowicz oddech zatamował.
Filip widział ich także na wybrzeżu i czuł burzę w powietrzu. To też gdy konie zgruntowały i brodziły już, chłopak zsunął się w wodę, coś do pastucha szepnął i znikł w łozach. Na drogę wybrnął tylko jeden jeździec, Michałko, koniuch.
— Gdzie panicz? — zawołała pani Barbara.
— Nie wiem, nie widziałem — odparł i popędził ku dworowi.
— Niech się mama nie boi — rzekł Wacio — on się schował, jak mamę zobaczył. Widziałem, jak ruszały się łozy.
— A ty nie masz gustu do tej zabawy — zagadnął Iłowicz.
— Nie mam czasu, bo się uczę, a w niedzielę wolę czytac wiersze.
— A jakież czytasz? Znasz śpiewy historyczne?
— O, to i Jadwinia już umie na pamięć. Ja czytam Mickiewicza i Wincentego Pola. Co mi się podoba, to sobie przepisuję w kajet.
— No, to mi zadeklamuj jaki ustęp.
— Jaki wujaszek chce?
— Ach, kochanie, ty je lepiej odemnie znasz i pamiętasz.
— Można, mamusiu, wujowi powiedzieć takie, co to nie są pisane, które mnie mama sama uczyła?
— Można dziecko, wuj przecież „swój.”

Chłopak chwilę zbierał myśli i zaczął:

Nam strzelać nie kazano. Wstąpiłem na działo
I spojrzałem dokoła. Dwieście armat grzmiało!

— Co to? — zagadnął z cicha Iłowicz.
— „Reduta Ordona!” — odparła trochę zdziwiona pani Barbara.
Jej się to wydawało niepojętem, żeby kto nie znał — ba — nie umiał na pamięć takich pamiątek. Jednocześnie prawie z pacierzem, nauczyła ją tego matka, ona tak samo oddała dzieciom. Szli powoli ku ruinom i Iłowicz słuchał z zajęciem dźwięcznego głosu wyrostka, który z błyszczącemi oczami, przejęty, rozpalony zapałem, deklamował bohaterski rapsod. Rozumiał, co mówił i drżał cały.
Pani Barbara położyła mu rękę na ramieniu, a gdy skończył, pocałowała w głowę.
— Ślicznie! — rzekł Iłowicz. — Pamięć masz kapitalną. — Dziękuję ci!
Zwrócił się do matki, i z cicha zauważył.
— Pani się nie lęka o jego fantazyę. Karmiona takimi utworami, wybuja nad miarę, a w życiu trzeba być trzeźwym, zimnym. Idealistów los traktuje bez litości.
— Ale zimni i trzeźwi czem sobie złą dolę ozłocą? Niech chłopak ma cześć dla bohaterstwa, aby sam pragnął być szlachetnym. Zresztą, jeśli ja go nie nauczę przeszłości — kto go nauczy, kim jest, co ma przechować, przy czem trwać. To mój obowiązek — matki!
— Trzeba wiele zapomnieć nam!
— Tylko nie wiary i narodowości. Waciu, powiedz-że jeszcze wujowi ten wiersz, com ci ostatni podyktowała.
Wstąpili już na wzgórek forteczki i zatrzymali się na wale — od rzeki. Jeszcze szerszy był ztąd widok na płaski kraj wód i łąk. Pod stopami nurt płynął żywiej, tłukł o brzeg, wirował.
— Usiądźmy — jeśli pan chce! To jest właśnie ten Gródek, który dał nazwę posiadłości Barcikowskich. Tu oni stróżowali całej okolicy od wrogów przez trzy wieki!
Usiedli, a chłopak podumawszy chwilę, zamyślony i poważny, jął mówić:

Po cudzego światu szerokich ziemicach,
Chód bieda i smutek przez ścieżkę tułaczy,
Iść z dumą na czole, z pogodą na licach
Mir zrobić z nadzieją, a rozbrat z rozpaczą;
O cześć, ni o litość u obcych nie prosić,
A kraj swój miłować i myślą i czynem
Brzemię męczeństwa bez sarkania znosić
Usque ad finem.

Iłowicz słuchał i rozważał. Tak tedy chowały, tem karmiły matki dzieci, w kraju, przeznaczonym na zagładę — w narodzie, który skazany był przez Europę całą na wyniszczenie. Biedne dzieci, nierozważne matki — szalone społeczeństwo! Tę pieśń przebrzmiałą i tę ideę zgasłą, dają im jak grunt i światło do życia. Własnoręcznie, ślepe, obłąkane, oddają znowu pokolenie do boju — bez przyszłości do trudu, bez zapłaty, do oporu bez logiki.
I znowu pokolenie zmarnowane i przedłużone tylko męki konania. O, ślepi, głupi, szaleni!
Zwiesił głowę, była wielka cisza wieczoru pól i tylko głos chłopca płynął w powietrzu.

Rozważać szeroko o błędach przeszłości,
A przyszłość budować świetniejszą i trwalszą,
A radzić spokojnie, bez swarów i złości,
By plon, jaki ostał na epokę dalszą,

Poprawiać, nie niszczyć i nie plwać wgardliwie
Na to, co niegdyś wieńczono wawrzynem,
Drogą postępu iść po ojców niwie
Usque ad finem.

— Przyszłość! Gdzie ona? — westchnął Iłowicz. Jednakże czar poezyi i jego duszę poruszył.
Oportunistą był do gruntu, ale zaraźliwe było tu powietrze, zaraźliwe uczucia. Żal go zdjął, tej przeszłości wielkiej, ból — upadku i zguby.
— Przyszłość w Bożej woli! — odparła pani Barbara. — Nie wolno nam rozsądzać, co On uczynić zechce, ale wolno Go prosić, a obowiązkiem jest wierzyć. Wierzyć, że On rękę karzącą z nas zdejmie, że wspomni świętych naszych i bohaterów, że usłyszy jęki ofiar za wiarę uciemiężoną i wołanie dusz czystych. Jeszcze nie zginął żaden naród chrześciański i my zginąć nie możemy.
— Chrystus uczył, by oddać co cesarskie cesarzowi. Dla Boga nie ma narodów!
— My też bronimy tego, co do Boga należy. Dusz naszych, uczuć, myśli, sumienia. I narody są u Boga, bo uczucia ojczyste nam w piersi włożył. Takie kochanie wielkie On tylko dać mógł. Jeśli ptaka nauczył wracać do gniazda przez morza, a pszczołę, by znała swój ul i matkę — czyżby nas zostawił na włóczęgę i tułactwo? Wszak klątwą swą żydów rozproszył. I oto zostanie dom twój pusty — rzekł Chrystus — jako wyrok straszny. A myśmy się Go nie wyparli i dom nasz ostanie — ostanie!
Podniosła w górę swą twarz poważną i już bez słów, ruchem ust dopowiadała resztę — niebu. A Iłowicz nie śmiał już jej zaprzeczyć.
I wszyscy troje milczeli, zapatrzeni w niebo pogodne, na którem gasło słońce, zapalały się seciny gwiazd i wypływał srebrny sierp nowiu. Wody były purpurowe i złote, a po nich sunęły powoli tratwy z drzewem, z których śpiew flisów się rozległ. Po łąkach odzywały się błotne ptaki, a na widnokręgu, jak w ogniu, od łuny zachodu czerniał wiatrak olbrzymi, czarny, nieruchomy, jak widziadło.
— Smutny widok, ale piękny! — ozwał się Iłowicz. — Ten młyn zarazby artysta odmalował.
— Ten młyn, to także legenda Barcikowskich — rzekła pani Barbara. — Stoi on bez użytku, podobno już kilkadziesiąt lat. Opowiadają, że dziad Seweryna odebrał chłopom ten wzgórek i kazał młyn zbudować. Mieli tedy cieśle, zakładając go, przekleństwo cisnąc: Bodaj on tobie i twoim na śmierć mełł. I legenda twierdzi, że gdy kto z rodu ma umrzeć, młyn się wtedy tylko obraca. Seweryn w to wierzył i gdy umierał, wciąż pytał w gorączce: Czy się już młyn kręci, czy on już na mnie miele? Teraz, po uwłaszczeniu, wzgórek znowu do chłopów należy, ale nikt młyna tego nie chce.
— Jabym go dawno podpalił. Taka legenda zatrułaby mi życie.
— Oswaja się nawet z zabobonnym strachem — odparła pani Barbara. — Ja lubię legendy i ilekroć nań spojrzę, myślę o śmierci. To zdrowa myśl, napędza do pokończenia obowiązków.
Wacio, o którym zapomnieli, słuchał uważnie. W marzycielską jego duszę wpadła głęboko opowieść i czarna sylwetka młyna tajemniczego pozostała w oczach i pamięci. Nie rozumiał jeszcze śmierci, ani się jej bał, ale mimowoli strach go ogarnął i odwrócił oczy.
— Wracajmy. Mgły się podnoszą, a pan może łatwo z tutejszą febrą się zapoznać. Ciężka zaś bywa i uparta. Waciu, pójdź, odszukaj Filipa i przyprowadź do pacierza. Może go u Bazylowej znajdziesz.
— Ej, nie, on teraz raki łowi w zatoczce, pod ogrodem — odparł chłopak, ruszając naprzód.
— Ciężko paniom dwóm synom dać rady. Wacio jest bardzo zdolny, proszę mi go oddać. Zrobię z niego człowieka, a tu zmarnuje się malec.
— To prawda. Pan Tedwin nauczył go, ile sam umie. Dalej, nie wiemy, co robić. Młodszy jest o wiele trudniejszy do prowadzenia. Tego nigdzie oddać nie można, bo gotów na wszelką ostateczność. Starszy powinien się kształcić.
Westchnęła i dodała z goryczą i rozpaczą:
— I pierwszy to będzie z rodu, co pójdzie do obcych po naukę, a potem im będzie musiał służyć. Waham się tedy i cierpię, ale tu zostać mu nie sposób. Ziemia nie wyżywi już ich troje, jeden tu do obrony gniazda wystarczy; temu biedakowi trzeba odejść. Wolałabym go była nie rodzić! Mój Boże.
— Cóż robić! Konieczność! — rzekł Iłowicz spokojnie. Poczynały go te zacofane poglądy nużyć, postanowił propozycyi już więcej nie powtarzać. Robił im łaskę, a one uważały to za poświęcenie z ich strony. Niech sobie robią, jak chcą!
Gdy wrócili do domu, pani Anna już zabierała się do spoczynku po dniu pracowitym.
Chwilę rozmawiali tylko i wnet się rozeszli. Iłowicz poprosił o gazety, spać mu się nie chciało. Była „Gazeta Warszawska” z przed tygodnia, gdyż pocztę odbierano tylko co tydzień, o mil trzy po nią trzeba było posyłać.
— A ty jakie abonujesz pisma? — zapytała pani Anna.
— A no, tę samą gazetę! — skłamał najbezczelniej, ale za nicby im nie wyznał, że czytał tylko rosyjskie i francuskie.
— Myśmy też do niej przywykły. Cóż robić, nie może być lepszej przy cenzurze. No, dobranoc ci, jutro pokażę ci gospodarstwo.
Położył się tedy Iłowicz w pokoju, przesiąkłym dymem jałowca, którym codzień wykadzano komary.
Pomimo tej prezerwatywy, zostało ich jeszcze dosyć, by dręczyć nieprzywykłego do tej plagi.
Brzęczały mu nad uchem i brzęczały mu myśli, wrażenia tego dnia. Obok był pokój dziecinny i słyszał trzy senne głosy, powtarzające za matką pacierz wieczorny.
I znowu to samo, znowu ta bezrozumna idea, ten upór nielogiczny, w modlitwie nawet.
„Daj Panie Boże ojcu wieczne odpocznienie, babci i mamie zdrowia i siły, a nam zachowaj ojczyznę uciśnioną, dom nasz i kościół i dopomóż, byśmy, pracując uczciwie i stale, z niewoli i uciśnienia wyzwoleni zostali mocą dobroci Twojej. Amen.”
Tak chowały, tego uczyły matki dzieci, w kraju, który Europa wymazała ze swej karty, który największe potęgi przeznaczyły na wyniszczenie i dla którego największy rozum ludzki, nie widział nadziei powstania.
Ale matki miały swój kodeks i swoją politykę, której największą potęgą i instancyą był Bóg i rządziły po swojemu, nie troszcząc się o kongresy, ludem swoim, malutkim a mnogim.





Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronie autora: Maria Rodziewiczówna.