Strona:Maria Rodziewiczówna - Barcikowscy.djvu/33

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona nie została skorygowana.


— Ja będę wielkim siłaczem i takim chytrym, że mnie nikt nie okpi!
— Okpi cię biedaku każdy, kto czytać i pisać będzie umiał. A ja myślałam co innego o tobie.
— Co mama myślała?
— Myślałam, że gdy Wacio do szkół pójdzie, ty Jadwinią się zaopiekujesz, mnie pomożesz, a jak wyrośniesz, babunię wyręczysz, będziesz gospodarzem, naszą pomocą i podporą!
Chłopak się zamyślił i milczał.
— A ty Jadwinię krzywdzisz, do łez doprowadzasz. To nieszlachetnie, boś silniejszy a ona malutka.
— Ja jej nie krzywdziłem, ona beczy, sama nie wie, po co. Ja jej nic złego nie zrobiłem. Co mi za sława z taką figą wojować.
— Wojować godzi się z silniejszym, a ze słabszym to wstyd.
— Jabym i mamie pomógł, ale proszę mi konia dać! — zawołał nagle.
— Konia, a to po co?
— Bo będę miał swoje gospodarstwo i mamine. Trzeba mi koniecznie konia.
— Żeby cię zrzucił i pokaleczył.
— O jej! Małom się ja na chłopskich najeździł i jeszcze mnie żaden nie zrzucił. Na łące złapię i jadę. O jej!
— Konia ci darować nie mogę, bo nie mam, ale mogę ci dać to kasztanowate źrebię od ogrodowej klaczy, jeśli mi za nie odsłużysz i będziesz posłuszny.
— Oho, mama zechce, żebym siedział w szkole nad książką. Tego ja nie mogę obiecać, bo nie wytrzymam. Nie cierpię pana Tedwina, bo on podły.