Strona:Maria Rodziewiczówna - Barcikowscy.djvu/37

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Skocz do: nawigacja, szukaj
Ta strona nie została skorygowana.


było czem opłacać. Przegrywałem zwykle, bo każdy sędzia tutaj, to chłopoman i „apostoł”, na łapówki nie starczyło mnie zaś! A kiedym wygrał — to była fikcya — wyrok, wobec tłuszczy. Wojskaby trzeba, żeby sprawiedliwość wymierzyć; nazajutrz był nowy gwałt, bezprawie, rozbój — i znowu sprawa. Jeszcze i mścili się. Spalili mnie trzy razy, a żem się zawsze ubezpieczał, więc zaczęli bydło truć. Takim trwał dziesięć lat. Nareszcie nie stało energii, zdrowia i środków, poddałem się! Aż tu w przeszłym roku przychodzi rozkaz, żebym dla chłopów dał drew i materyału, bo już lasu nie było, zniszczyli go, wyrąbali, zagajnik spaśli. Nic, zostały krzaki.
— Więc zkądże pan miał dać — zawołał Iłowicz.
— Kupić miałem — rozumie pan — kupić!
Chuda, ostra, żółtą skórą pociągnięta twarz szlachcica stała się przerażającą wyrazem wściekłości.
— Tegom już nie wytrzymał. Sprzedałem niedobitki inwentarza, sprzedałem budynki, narzędzia, nasiona i uciekłem z duszą. Człowiek się na mękę rodzi, to prawda, ale co zanadto, to basta.
— Doskonale pana rozumiem. Tylkobym to był od razu zrobił, żeby mnie los pokarał taką własnością.
— Nie mów tak, bo decydujesz o rzeczy, której nie rozumiesz! — rzekła pani Anna. — A pan Tedwin także niech wobec mnie nie udaje, że rad jest ze swego czynu. Źle zrobił, i czuje to i choruje na żółć i wątrobę, teraz dopiero, kiedy pozbył się kłopotu. Czemu pan przedtem zdrów był, czemu?