Wielkie nadzieje/Tom II/Rozdział X

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Wielkie nadzieje
Data wydania 1918
Wydawnictwo Księgarnia Św. Wojciecha
Druk Drukarnia Św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Antoni Mazanowski
Tytuł orygin. Great Expectations
Źródło Skany na Commons
Inne Cały Tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały Tom II jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały Tom II jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały Tom II jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Rozdział X.

Tydzień temu skończyłem dwadzieścia trzy lata, ale ani na włos nie posunąłem się naprzód; nadzieje me, jak poprzednio pozostawały dla mnie tajemnicą. Przed rokiem przenieśliśmy się z hotelu Bernarda na Templ; mieszkaliśmy obecnie w Gardenhort nad brzegiem rzeki.
Poprzednie me stosunki z panem Poketem już od pewnego czasu zerwały się, ale pozostawaliśmy z nim na przyjacielskiej stopie. Mimo mej niezdolności do zajęcia się czemkolwiek, co wynikało, jak sądzę, z niespokojnego stanu duszy, zabrałem się do czytania książek i codziennie czytałem po parę godzin.
Interesy Herberta wciąż posuwały się naprzód.
Herbert wyjechał w sprawach handlowych do Marsylii tak, że zostałem sam i bardzo przykrzyła mi się samotność. Rozczarowany i smutny czekałem dzień za dniem, tydzień za tygodniem na wyjaśnienie tajemnicy, a dni i tygodnie mijały, pozostawiając mię w niepewności. Oczywiście brak wesołej twarzy przyjaciela i jego głosu były mi przykre.
Pogoda była szkaradna — wilgotna, dżdżysta, wietrzna; na ulicach błoto i kałuże nie do Przebycia. Ciężkie, wilgotne opary płynęły ze wschodu i już od kilku dni rozlewały się nad Londynem, jakby gdzieś daleko na wschodzie istniał niewyczerpany zbiornik mgły. Wichry dęły tak silnie, że z wszystkich gmachów zrywały dachy; na polach wyrywały drzewa z korzeniami i łamały skrzydła wiatraków; z wybrzeża morskiego nadchodziły wieści o zaginięciach i śmierciach. Silne potoki deszczu następowały po porywach wiatru, szczególniej zaś w tym dniu, gdym sam samotny zasiadł wieczorem do czytania przy kominku.
Templ, część miasta, w której mieszkaliśmy, leżała bliżej rzeki i w większem odosobnieniu, niż dziś. Mieszkaliśmy na górce, w ostatnim domu, a wiatr szalejący po rzece z wyciem atakował go i groźnie nim wstrząsał. Kiedy wślad za wichrem deszcz z łoskotem uderzył w okna, mimowoli drgnąłem i obejrzałem się, aby się przekonać, że siedzę u siebie w domu a nie na jakiej samotnej wydmie pośrodku szalejącego morza. Od czasu do czasu kłęby dymu wpadały do pokoju przez komin, jakby i dym bał się wyjść z komina w tak straszną noc. Otworzywszy drzwi na schody ujrzałem, że wiatr wionął na lampę; przysłoniłem świecę rękami, przyłożyłem twarz do okna i zacząłem wpatrywać się w ponurą przestrzeń. Na dworze lampy pogasły również i tylko na moście i na wybrzeżu smutno migotały, jakby miały zgasnąć przy każdym nowym podmuchu; płomienie na barkach, stojących na rzece, unosiły się z wiatrem, jak ogniste języki.
Czytałem, od czasu do czasu spoglądając na zegarek, aby zamknąć książkę o jedenastej. Gdym ją zakrył, zegary od świętego Pawła i ze wszystkich dzwonnic, jeden po drugim wybiły godzinę. Bicie zegarów dziwnie jakoś unosiło się z wiatrem; wsłuchałem się, jak wiatr bawiąc się nimi, podwajał i mnożył te dźwięki, gdy nagle rozległy się kroki na schodach.
Mimowoli drgnąłem — przypomniały mi się kroki zmarłej siostry. Myśl ta jednak tylko przemknęła w mym rozstrojonym umyśle i zaraz znikła. Znowu wsłuchałem się — kroki zbliżały się, potykając się po schodach. Przypomniałem; sobie, że lampy na schodach pogasły, wziąłem zatem swoją i wyszedłem, aby poświecić, kroki ucichły.
— Kto tam? Jest tam kto na dole? — spytałem, przechylając się przez poręcz.
— Jest — odrzekł głos z ciemności.
— Na które piętro pan idzie?
— Do pana Pipa.
— To do mnie! Nie stało się co?
— Nic, nic.
Jakiś człowiek zaczął wstępować po schodach.
Świeciłem, stojąc przy samej poręczy, nieznajomy zwolna wysuwał się z ciemności. Lampa moja była z abażurem, przygotowana do czytania, tak że oświecała tylko nieznaczną przestrzeń, nieznajomy nie zdążył wychylić się, gdy znowu skrył się w cień. Mogłem jednak zmiarkować, że twarzy jego nie znam; uderzył mnie tylko wyraz zadowolenia i radości, z jaką patrzył na mnie. Zacząłem kierować nań lampę i spostrzegłem, że jest dostatnio, choć pospolicie ubrany, jak marynarz. Włosy jego były siwe. Miał lat około sześćdziesięciu, dobrze zbudowany, zahartowany w pracy pod odkrytem niebem. Kiedy wstępował na dwa ostatnie schody, ku największemu memu zdziwieniu, wyciągnął nagle do mnie obie ręce.
— Niech pan z łaski swej powie, czego pan sobie życzy?
— Czego sobie życzę? A! Tak. Zaraz panu wyjaśnię, jeśli pan pozwoli.
— Może pan zechce wejść?
— Tak, chciałbym wejść, mój dżentelmenie.
Zadałem mu to niegościnne pytanie, bo miałem pretensyę doń za ten uradowany wygląd, jakim jaśniała jego twarz, gdy, jak się wydawało, potrzebował mej pomocy. Jednakże wpuściłem go do pokoju, z którego dopiero co wyszedłem i jak można najgrzeczniej prosiłem o wyjaśnienie.
Zaczął rozglądać się z pewnem zadowoleniem, jakby część przedmiotów była jego własnością, potem zdjął zarzutkę i kapelusz. Wtedy spostrzegłem, że głowa jego była łysa, a długie czarnego koloru resztki włosów okalały brzydką łysinę. W tem jednak nie widziałem objaśnienia zagadki. Po chwili znowu wyciągnął do mnie obie ręce.
— Co to znaczy? — spytałem, zaczynając brać go za waryata.
Przestał patrzeć na mnie i potarł sobie głową prawą ręką.
— Dość to niegrzeczne dla człowieka — rzekł grubym, przerywanym głosem — który daleko będąc, o jednem tylko myślał, a wreszcie odważył się przyjechać z końca świata... Ale nie jest pan temu winien, nikt z nas nie winien. Zaraz wyjaśnię, w tej chwili. Niech mi pan da chwilę spocząć.
Usiadł w krześle przy ogniu i zakrył twarz szerokiemi, muskularnemi rękami. Badawczo przyglądałem mu się, odszedłszy trochę, by lepiej obserwować; twarz to była niewątpliwie nieobca.
— Niema tu nikogo w pobliżu? Niema nikogo?
— Dlaczego pan, obcy człowiek, przyszedł tu w nocy, aby mi zadawać podobne pytania?
— Jaki pan młody jeszcze — odrzekł, kiwając głową, z wyrazem rozrzewnienia. — Bardzom rad, żeś pan stal się takim młodzieńcem. Nie obchodź się tak ze mną, nie obchodź, bo później będziesz tego żałował.
Już żałowałem swej chęci dotknięcia go, bo go poznałem! Nie mogłem przypomnieć ani jednego rysu a jednak poznałem go! Gdyby wicher rozniósł minione lata, gdyby ulewa zmyła wszystkie otaczające mnie przedmioty i gdybyśmy się znowu znaleźli, jak niegdyś, twarzą w twarz na cmentarzu, to i wówczas nie mógłbym być pewniejszy co do tożsamości mego skazańca z człowiekiem siedzącym przede mną. Nie potrzebował wyjmować pilnika z kieszeni; ani zdejmować chustki ze szyi i okręcać nią głowy; ani też przechadzać się po pokoju niepewnym krokiem, od czasu do czasu oglądając się poza siebie. Wszystko to było zbyteczne, bo i bez tego poznałem go, choć przed chwilą brałem go za nieznajomego.
Wróciwszy na miejsce, w którem stałem, znowu wyciągnął do mnie obie ręce. Nie wiedząc, co czynić — zmieszany ze zdziwienia — uścisnąłem je. Z radością chwycił je, podniósł db ust i długo nie wypuszczał ich ze swych namulonych dłoni.
— Poczciwie pan postąpił. Nigdy nie zapomnę ci tego.
Tak się rozczulił, że chciał mi się rzucić na szyję, wi porę go jednakże powstrzymałem.
— Zwolna! Zwolna! Jeśli pan czuje wdzięczność za to, com dla pana uczynił, gdym jeszcze był dzieckiem, to myślę, że pan przedewszystkiem poprawił się. Jeśli pan tu przyszedł po to tylko, aby mi wyrazić wdzięczność, to niepotrzebnie się pan trudził. Jednakże odszukał mnie pan. W uczuciu, które pana do tego skierowało, jest pewna strona dobra, nie odepchnę pana; musi pan zrozumieć, że.. ja...
Byłem tak uderzony skupionem jego spojrzeniem, że słowa zamarły mi na ustach.
— Mówiłeś pan, że powinienem zrozumieć. Cóż mam zrozumieć?
— Że nie pragnę wznawiać z panem dawnej znajomości. Bardzom rad, żeś się pan poprawił i żyjesz lepiej. Jestem zadowolony, że mogę wyrazić panu uznanie; a także, żeś pan przyszedł mi podziękować, sądząc, że zasługuję na pańską wdzięczność. W każdym razie drogi naszego życia zbyt różne. Ale pan przemókł i zmęczył się; czy pan się czego nie napije, zanim odejdzie?
Powoli zawiązał szal i uważnie śledził mię, od czasu do czasu gryząc koniec szala.
— Myślę, że rzeczywiście napiję się czegoś, zanim odejdę, jeśli pan łaskaw.
Na bocznym stole stało gotowe nakrycie; przeniosłem je na stolik pod kominkiem i spytałem, czem można służyć? Wskazał palcem na jedną z butelek, nie mówiąc ani słowa i nie patrząc na nią. Przygotowałem mu ponczu, starając się, aby mi ręka nie drżała, napróżno jednak, bo wzrok jego mieszał mnie, póki siedząc na krześle gryzł koniec szala.
Dotychczas nie siadałem, aby mu nie okazać, że chcę przedłużyć wizytę. Ale ustąpiłem pod wpływem serdecznego wyrazu jego twarzy i poczułem wyrzuty sumienia z powodu tak niegościnnego przyjęcia.
— Spodziewam się, że pan nie uważał tego, com powiedział, za odstręczające. Nie miałem zamiaru pana obrazić. Bardzo przepraszam, jeślim mimowoli powiedział coś niemiłego. Życzę panu tylko szczęścia i powodzenia!
Kiedym dotknął ustami swej szklanki, ze zdziwieniem spojrzał na koniec swego szala, który wysunął mu się z ust i wyciągnął do mnie rękę. Podlałem mu swoją. Wówczas i on wypił i obtarł szalem oczy i czoło.
— Jak panu się powodziło dotychczas?
— Hodowałem stada owiec, potem prowadziłem handel bydłem i czemś jeszcze tam, daleko w Nowym Świecie, tysiące kilometrów stąd, za burzliwem morzem.
— I dobrze się panu wiodło?
— O, tęgo szły mi sprawy! Wielu przede mną zarobiło wiele, alem ja wszystkich przewyższył. Przez to pozyskałem sławę.
— Bardzo mi miło o tem słyszeć.
— I ja tak sądzę, mój chłopcze.
Nie starając się odgadnąć znaczenia tych słów, zadałem pytanie, które mi przyszło do głowy.
— Czy pan widział człowieka, którego pan niegdyś przysłał do mnie ze zleceniem?
— Nigdy i nie ujrzę go już.,
— Spełnił pańskie zlecenie i oddał mi dwa funtowe bilety. Byłem biednym chłopcem wówczas i byt to dla mnie jakby majątek. Ale stosunki moje poprawiły się od tej pory, podobnie, jak pańskie; żyję teraz dostatnio i pozwoli mi pan, że mu zwrócę te dwa funty. Może pan nimi uszczęśliwić kogoś drugiego.
Z temi słowy wyciągnąłem portmonetkę. Uważnie śledził mnie, gdym wyjmował banknoty. Były one zupełnie nowe i czyste, obejrzałem je i podałem mu. Nie spuszczając ze mnie oczu, wziął banknoty, złożył je razem, skręcił i spalił nad lampą a popiół rzucił na spodeczek.
— Ośmielę się zapytać — rzekł napoły poważnie, napoły wesoło, — w jaki to sposób poprawił się pański byt od tej chwili, gdyśmy rozstali się tam na bagnie?
— W jaki sposób?
— Aha!
Dopij reszty ze szklanki, oparł się o kominek i postawił nogę na kracie, aby się wysuszyć. Z jego butów buchała gęsta para; nie patrzył jednak ani na nogę, ani na ogień, lecz wciąż na mnie. Zacząłem drżeć.
Wargi me poruszały się przez chwilę, nie wydając dźwięku; wreszcie zmusiłem się do oznajmienia, choć bardzo niewyraźnego, że jestem przeznaczony na dziedzica znacznego majątku.
— A wolno takiemu stworzeniu, jak ja, zapytać, jakiego właściwie rodzaju ten majątek?
Znów ledwie wyszeptałem: — Nie wiem.
— Nie mógłbym spróbować odgadnąć wysokości pańskich dochodów od chwili, gdyś panstał się pełnoletnim? A choćby tylko pierwszej liczby, czy nie pięć?
Serce mi biło, jakby nerwowo uderzał w nie jakiś dziwny młot. Zerwałem się z krzesła i opierając się na poręczy, dziko patrzyłem na współbiesiadnika.
— Albo co się tyczy opiekuna? Boć przecież nie mógł się pan obyć bez opiekuna do czasu pełnoletności, zapewne był to jakiś prawnik? Czy czasem, nazwisko jego nie zaczyna się od D?
Cała prawda mego położenia odkryła się przede mną; całe poniżenie, gorycz, niebezpieczeństwo jego przedstawiły mi się z taką siłą, że złamały mnie; tłumiąc potężne wzruszenie, ledwie trzymałem: się na nogach.
— Przypuśćmy, że klient tego prawnika, którego imię zaczyna się na D., na przykład Dżaggersa, przyjechał statkiem do Portsmut, a stamtąd tu, aby się zobaczyć z panem. „Jednakże pan mnie odszukał“ rzekł pan niedawno. Tak, odszukałem pana! Nie wielka sztuka. napisałem z Portsmut do pewnego człowieka w Londynie, aby dowiedzieć się o pańskim adresie. Nazwisko tego człowieka, na przykład Uemnik.
Nie mógłbym wymówić ani słowa, choćby od tego miało zależeć całe me życie. Stałem, opierając się jedną ręką o poręcz krzesła, drugą przycisnąłem pierś; całą siłą walczyłem ze sobą. Tak stojąc, patrzyłem na niego, póki wszystkie przedmioty w pokoju nie zaczęły się mieszać i wirować, wówczas schwyciłem obiema rękami za stół. Podtrzymał mnie, złożył na kanapie, otulił poduszkami i ukląkł na jedno kolano obok mnie; twarz jego, obecnie dobrze mi znana, prawie dotykała mojej.
— Tak, Pip, mój drogi, ja uczyniłem z ciebie dżentelmena. To ja zrobiłem z ciebie pana! Przysiągłem sobie wówczas, że każda gwinea, jaką zarobię, będzie twoja. Przysięgałem potem, za każdym razem, gdym przedsiębrał jakiś interes, że jeśli się uda i zostanę bogatym, to i ty będziesz bogatym. Ciężkie wiodłem życie, abyś ty miał lekkie; pracowałem uparcie, abyś ty nie potrzebował pracować. Ale, cóż za głupstwo, drogi Pipie! Czyż mówię ci to w tym celu, abyś był mi za to wdzięcznym? Bynajmniej! Mówię to, byś wiedział, że nieszczęśliwy pies, którego przepędzano, wzniósł się tak, że mógł stworzyć dżentelmena a tym dżentelmenem — ty jesteś.
Wstręt, z jakim patrzyłem na tego człowieka i strach, jaki wzbudzał we mnie, były tak silne, że gdyby nawet był on dzikiem zwierzęciem, nie mogłyby być silniejsze.
— Popatrz na mnie, Pipie, jestem twym drugim ojcem. Jesteś mym synem, — więcej niż synem. Zbierałem pieniądze, abyś mógł z mich korzystać. Kiedym był najemnym pastuchem i żyjąc na pustym stepie nie widywałem całymi tygodniami nikogo, prócz owiec, tak, że zapominałem, jak wyglądają ludzie — zawsze miałem cię przed oczami. Nieraz zdarzało się, żem wypuszczał z rąk nóż, siedząc przy obiedzie lub kolacyii w samotnej chacie i wołał: — „Ot, mój chłopiec znów tutaj, patrzy, jak jem i piję.“ I widziałem cię wiele razy, tak wyraźnie, jak wówczas na moczarach. „Niech mnie Bóg ukarze — mówiłem wówczas, wychodząc na dwór, aby mnie lepiej słyszał — „jeśli nie uczynię z tego chłopca dżentelmena, gdy będę swobodny i bogaty.“ I dotrzymałem słowa. Spójrz na siebie! Spójrz na swe mieszkanie, godne lorda! E, pokażesz im, tym lordom, wiele masz pieniędzy; zechcą ci dorównać, ale nie będą mogli!
W zapale wzruszenia i tryumfu nie zauważył, jaką gorycz budziły we mnie jego słowa. Było to jedyną dla mnie pociechą.
— Popatrz! — ciągnął, wyjmując z mej kieszeni zegarek i obracając ku sobie pierścionek na mym palcu, gdym ja chronił się od jego dotknięcia, jak od jadowitej żmii; — złote i piękne — dżentelmeńskie, niema co mówić! Dyament, obsadzony rubinami, spodziewam się, że to dżentelmeńska rzecz. Spójrz na swoją bieliznę cienką, zbytkowną! Spójrz na ubranie, lepszego dostać nie można! A te książki twoje, setkami leżą na półkach! Czytasz je, nieprawdaż? Widziałem, żeś jedną z nich czytał, kiedym wszedł. Poczytasz mi trochę, mój najdroższy! Jeśli są pisane w obcym języku, nieznanym mi, to nic nie szkodzi, posłucham i będę się tobą chlubił.
Znowu wziął mnie za ręce i przylgnął do nich ustami; krew mi zastygła w żyłach.
— Nie staraj się rozmawiać ze mną, Pip, — rzekł, przesuwając rękawem po oczach i czole i usłyszałem znany mi dziwny dźwięk w jego głosie; wskutek wzruszenia wydawał mi się jeszcze straszniejszym; — lepiej będzie, gdy poleżysz spokojnie, mój chłopcze. Nie wyczekiwałeś tego z dawna, jak ja, nie byłeś do tego przygotowany, jak ja. Wszak nigdyś nie przypuszczał, że to ja mogłem być?
— Nie, nigdy, nigdy.
— No i widzisz, to ja byłem, sam jeden i bez obcej pomocy. Żadna osoba nie uczestniczyła w tem prócz mnie i pana Dżaggersa.
— Nikt więcej?
— Nikt — rzekł z wyrazem zdziwienia. — któżby jeszcze? Ale jakeś ty wypiękniał? Zapewne masz jakieś oczka, o których miło ci marzyć i mówić?
— Będą twemi te oczy, o ile można je kupić za pieniądze. Jeśli nie, to dlaczegóżby taki dżentelmen jak ty, taki młodzieniec, jak ty, nie mógł ich zdobyć i bez tego; ale pieniądze w każdym razie pomogą. Daj mi dokończyć opowiadania. W tej chacie, gdziem służył, zyskałem dość od gospodarza, który z początku był tem samem co ja, ale umarł, nie zdoławszy zrobić majątku; zostałem wolny i zacząłem zarabiać sam na siebie. Każdy interes, którego się imałem, przedsiębrałem dla ciebie. Niech mnie Bóg skarze — mawiałem, do jakiegokolwiek interesu się zabierając — jeśli tego nie czynię dla niego!“ Interesy udawały mi się doskonale. Jak już ci mówiłem, zyskałem przez, to sławę. Pozostawione mi przez gospodarza pieniądze i zasługi za pierwsze lata wysłałem do pana Dżaggersa — dla ciebie; pojechał do ciebie, spowodowany mym listem.
O, gdyby był wcale nie przyjeżdżał! Lepiejby był zostawił mnie w kuźni, niezadowolonym z losu, ale stokroć szczęśliwszym!
— Potem, drogi Pipie, była dla mnie pociechą i nagrodą świadomość, że stwarzam dżentelmena. Niech sobie konie kolonistów obrzucają mnie błotem i prochem, gdy idę piechotą. Cóż wówczas mawiałem sobie? Mawiałem: stwarzam dżentelmena, doskonalszego od was wszystkich! A jeśli, który z nich powiedział: „przecież on był skazańcem niedawno i choć szczęśliwy, zawsze jest ordynarnym, nieociosanym człowiekiem, odpowiadałem: — „jeśli nie jestem dżentelmenem i uczonym, za to mam prawdziwego dżentelmena. Wszyscy jesteście prostymi, któż z was jest wykształconym, londyńskim dżentelmenem?“ Tak krzepiłem się. I wciąż tkwiła mi w głowie myśl, że wcześniej, czy później przyjadę do swego chłopca, nacieszę się nim i odkryję mu tajemnicę.
Położył mi rękę na ramieniu. Drgnąłem na myśl, że może ta ręka zbroczona krwią, w każdym razie nie byłem pewny czego innego.
— Niełatwo mi było i niebezpiecznie porzucać tamte strony. Ale ogromnie pragnąłem widzieć się z tobą, a im trudniej mi było spełnić swe życzenie, tem silniejszem się ono stawało; stanowczo zdecydowałem się przyjechać tu, cokolwiekby mnie miało spotkać. I przyjechałem. Tak, chłopcze, przyjechałem!
Starałem się zebrać myśli, ale nie mogłem; byłem zupełnie oszołomiony. Tak byłem zmieszany, że nie pamiętam, czego więcej słuchałem, czy jego słów, czy wycia wiatru na dworze; nie rozróżniałem jego głosu od strasznego szumu wichru, dopiero gdy przestał mówić.
— Gdzie mnie umieścisz? Bylegdzie nie można mnie umieszczać.
— Gdzie mam dać miejsce na nocleg?
— Tak, powinienem się wyspać i to dobrze, bom się męczył i moczył całe miesiące.
— Przyjaciela mego i towarzysza niema w domu, może pan zająć jego pokój.
— A nie wróci on jutro?
— Nie, nie jutro.
— Dlatego, że widzisz, mój drogi chłopcze — rzekł ciszej, porozumiewająeo dotykając palcem mej piersi — trzeba być ostrożnym.
— Dlaczego ostrożnym?
— Bo za to — śmierć.
— Jakto śmierć?
— Zesłany byłem dożywotnio. Powrót do ojczyzny — to śmierć. W ostatnich czasach wielu wracało i napewno mnie powieszą, jeśli odkryją.
Tylko tego brakło! Nieszczęśliwy nie tylko, że nałożył na mnie ciężkie brzemię swych dobrodziejstw, ale jeszcze ryzykował życie, aby mnie zobaczyć i wręczyć swe kapitały w me ręce. Gdybym czuł doń gorącą miłość zamiast wstrętu, gdyby był dla mnie przedmiotem uwielbienia i czułego przywiązania, to i wówczas podobne oznajmienie wystarczyłoby, aby uczynić mnie nieszczęśliwym. Ale wówczas przynajmniej troska o jego bezpieczeństwo byłaby dla mnie potrzebą duszy.
Pierwszą mą czynnością było zasunięci stor, aby nie było widać światła w pokoju, potem zamknięcie drzwi na klucz i zasuwę. Gdy stał przy stole i jadł suchary, zapijając rumem, w wyobraźni mej jasno zarysował się obraz skazańca na moczarach i oczekiwałem, że lada chwila pochyli się i zacznie piłować swą okowę.
Troskliwie opatrzyłem wszystkie wyjścia z pokoju Herberta, prócz drzwi do mego pokoju i wówczas dopiero zaproponowałem mu spoczynek. Z ochotą zgodził się i poprosił tylko o mą „dżentelmeńską bieliznę“, aby włożyć ją nazajutrz. Wyjąłem bieliznę i położyłem przy jego łóżku; krew mi zastygła w żyłach, gdy na dobranoc uścisnął mi ręce.
Nie pamiętam już, jakem wyszedł od niego i nieświadomie zacząłem poprawiać ogień na kominku, nie śmiejąc położyć się. Z godzinę stałem tak, zbyt oszołomiony, iżby skupić myśli i ocenić swe położenie; wreszcie wróciła świadomość mego smutnego położenia, świadomość, że świetne horoskopy mych nadziei przepadły na wieki.
Stosunek mój do pani Chewiszem — pusta brednia; Estella zupełnie nie dla mnie przeznaczona; cierpiano mnie tylko jako straszydło dla chciwej rodziny, jak lalkę z mechanicznem sercem, na której Estella mogła się ćwiczyć w braku innej praktyki; oto pierwsze myśli, które stały mi się jasne. Najprzykrzejszą jednak była myśl, że opuściłem Józefa z powodu skazańca za jakąś zbrodnię, którego w każdej chwili mogli złapać u mnie w pokoju i powiesić.
Teraz za nic w świecie nie wróciłbym do Józefa, za nic nie wróciłbym do Biddi; poprostu dlatego, że lenistwo mych rozważań nie dozwalało mi niczego w świecie zdrowym rozumem osądzić. Żadna mądrość nie mogłaby mi zastąpić tej pociechy, jakąby mi było ich proste, niesztuczne oddanie; jednakże nigdy, nigdy już nie wróci to, co przepadło!
W każdym powiewie wichru, w każdej strudze deszczu słyszałem pogoń. Dwa lub trzy razy przysiągłbym, że ktoś słucha i szepce przy zewnętrznych drzwiach. Pod wpływem tego lęku zacząłem sobie przypominać, że przeczułem pojawienie się tego człowieka; że kilka tygodni przedtem, na ulicach spotykałem twarze, do niego podobne; że podobieństwo to stawało się większe w miarę przybliżania się jego do Anglii; że jego zły duch przysyłał mi tych zwiastunów, a obecnie w tę okropną noc spełnił swą groźbę i sam zjawił się przede mną.
Wślad za tem zacząłem sobie przypominać, jakto w dzieciństwie widziałem go wstrętnym i zawziętym; jakto drugi skazaniec nie przestawał twierdzić, że ten chciał go zabić; jakto w chwili schwytania wpił się w swego towarzysza i szarpał go, jak dziki zwierz. Z takich wspomnień wyobraźnia ma wyniosła straszne, niejasne poczucie, że niebezpiecznie było spać z nim pod jednym dachem. Strach opanowywał mnie coraz; większy i większy. Wreszciewstałem i wyszedłem, by spojrzeć na straszydło, stworzone przez mą wyobraźnię.
Obwiązał głowę chustką, twarz, jego była spokojna i sen niezamącony, choć obok na poduszce leżał pistolet. Przekonawszy się o tem, wyjąłem po cichu klucz ze drzwi, włożyłem go z zewnątrz i przekręciłem dwa razy, zanim znowu zasiadłem przy ogniu. Powoli zsunąłem się z krzesła i wyciągnąłem się na podłodze. We śnie ani na chwilę nie straciłem poczucia swej goryczy. Gdym się obudził, zegary na wieżach biły piątą, świece dopaliły się, ogień zagasł, a deszcz i wicher zwiększały ponurość mroku.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Antoni Mazanowski.