Wielkie nadzieje/Tom II/Rozdział IX

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Wielkie nadzieje
Data wydania 1918
Wydawnictwo Księgarnia Św. Wojciecha
Druk Drukarnia Św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Antoni Mazanowski
Tytuł orygin. Great Expectations
Źródło Skany na Commons
Inne Cały Tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały Tom II jako ePub Pobierz Cały Tom II jako PDF Pobierz Cały Tom II jako MOBI
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF Pobierz Cały tekst jako MOBI
Indeks stron
Rozdział IX.

Jeśli kiedykolwiek po mej śmierci stary dom w Riczmond będzie duch jaki nawiedzał, to napewno mój. Wieleż dni i nocy moja dusza błąkała się po domu, w którym mieszkała Estella!
Pani Brendli, u której mieszkała Estella, była wdową i miała jedną córkę o kilka lat starszą od Estelli. Matka wyglądała młodo, córka przeciwnie; płeć matki uderzała świeżością — córki była żółta; matka myślała tylko o przyjemnościach, córka — o modlitwie. Miały stosunki, wiele podróżowały i wielu przyjmowały gości. Nie były związane żadnemi przyjacielskiemi więzami z Estellą, ale żyły z nią zgodnie, bo potrzebowały się nawzajem. Pani Brendli niegdyś, przed dobrowolnem ustąpieniem ze świata pani Chewiszem, żyła z nią w serdecznej przyjaźni.
W tym domu i poza nim wycierpiałem straszne męki, jakich tylko mogła mi przysporzyć Estella. Stosunki nasze poufałe równocześnie wcale nie zwiększały jej przychylności dla mnie, lecz dręczyły mnie. Wyzyskiwała mnie, by drażnić swych wielbicieli a poufałość nasza powodowała to, że spokojnie przyjmowała me hołdy. Jeślibym był jej lokajem, ubogim krewnym lub choćby młodszym bratem jej męża, to i wówczas zdaje mi1 się, nie byłbym dalszym, niż obecnie, od spełnienia się mych gorących nadziei. Sama możność nazywania jej po imieniu a z drugiej strony słyszenia, jaki nazywała mnie Pipem, w obecnych okolicznościach tylko pogłębiała mą mękę. Ta możność, pozbawiająca innych równowagi niestety i mnie samego o mało nie pozbawiała rozsądku.
Wielbicieli miała bez liku. Niewątpliwie miłość czyniła w mych oczach jej wielbicielem każdego, kto tylko zbliżał się do niej, ale mimo to było ich bardzo wielu. Często widywałem ją w Riczmond, często słyszałem o niej w mieście, często woziłem ją i pannę Brendli w łódce. Towarzyszyłem na pikniki, do teatru i na bale. A przyjemności te tylko trawiły me życie. Nie przepędziłem nawet godziny szczęśliwej z nią, wciąż byłem zajęty tylko jedną myślą o niezmiernem szczęściu posiadania jej do grobowej deski.
Estella zawsze dawała mi poznać swem zachowaniem, że nasze stosunki są przymusowe. Miała jednakże czasem chwile refleksyi, zmieniała ton i jakby współczuła ze mną.
— Oj, Pip, Pip! — rzekła mi raz w takiej chwili, gdyśmy siedli u okna w Riczmond — czyż nigdy nie odzyskasz rozumu i nie będziesz się wystrzegał?
— Czego?
— Mnie.
— Chcesz powiedzieć, Estello, kiedy zacznę się strzedz twego czaru?
— Co chcę powiedzieć? Jeśli nie rozumiesz, co chcę powiedzieć, to jesteś poprostu ślepy.
Już miałem odrzec, że miłość zawsze uważają za ślepą, ale wstrzymałem się. Zawsze opanowywałem się pod wpływem myśli, że z mej strony byłoby niewłaściwem prześladować Esttellę czułościami, ponieważ wiedziała dobrze, że niema swobodnego wyboru, tylko musi słuchać pani Chewiszem.
— W każdym razie dziś nie mam powodu niczego strzedz się, bo samaś tym razem prosiła, bym przyjechał.
— Prawda — odpowiedziała z zimnym, obojętnym uśmiechem, który mimowoli mnie mroził.
— Pani Chewiszem chce się ze mną widzieć. Odwieziesz mnie do niej na dzień i przywieziesz nazad, naturalnie jeśli zechcesz. Nie życzy sobie, bym jeździła sama, a pokojówki mej nie przyjmie, bojąc się, by z nią nie mówiła. Zgadzasz się?
— Wątpisz o tem, Estello?
— To znaczy, że się zgadzasz? Jeśli ci wszystko jedno, to może pojedziemy pojutrze. Wszystkie koszta podróży opłacisz z mej portmonetki. Czy zgadzasz się na warunek?
— Muszę się zgodzić.
Dalszych szczegółów jazdy nie omawiała ze mną; wogóle i w późniejszych wyjazdach podobnie krótko mnie uwiadamiano o dniu wyprawy. Pani Chewiszem nigdy do mnie nie pisała, a nawet nie znalem jej pisma. W dniu oznaczonym udaliśmy się w drogę i zastaliśmy panią Chewiszem w tym samym pokoju, w którym zobaczyłem ją po raz pierwszy. W jej domu nie zaszła żadna zmiana; wszystko było po dawnemu.
Zdawało się, że lubiła ona Estellę jeszcze bardziej, niż przedtem. Istotnie było coś strasznego w jej ognistych spojrzeniach i pocałunkach. Pożądliwie patrzyła na piękność Estelli, pożądliwie słuchała każdego jej słowa, śledziła każde jej poruszenie. Nerwowo przebierając swymi kościstymi, drżącymi palcami, pożerała wzrokiem cudny twór przez siebie wychowany.
Spojrzenie jej niekiedy z Estelli przenosiło się na mnie i zdawało się, że chciała niem przeniknąć głębię mego serca i rozdrażnić jego rany.
— Jak się ona obchodzi z tobą, Pip, jak się z tobą obchodzi? — pytała mię żywo nawet w obecności Estelli.
Najstraszniejszą jednak była wieczorem, przy świetle migocącego ognia, gdy objąwszy Estellę i mocno trzymając jej ręce, podstępnie badała ją o wszystkie nazwiska i stanowiska ludzi, których oczarowała. Rozbierając ten długi szereg z wyrazem zranionej i cierpiącej duszy, siedziała w milczeniu, złożywszy brodę na ręce, opartej na lasce; oczy utkwiła we mnie z dziwnem, jak u widma, spojrzeniem. Zupełnie jasno zdawałem sobie sprawę, choć gorzko mi było stwierdzić swe poniżenie, że Estella nie była niczem innem, tylko narzędziem, z pomocą którego pani Chewiszem mściła się na wszystkich mężczyznach. Byłem pewny, że nie będzie moją, zanim nie spełni swego przeznaczenia. Zrozumiałem powody, dla których z góry mnie ją przeznaczono. Wysyłając ją, by poniżała i łamała serca, pani Chewiszem miała pewność, że serce jej nie było narażone na niebezpieczeństwa i że wszyscy, którzy odważali się na tę niebezpieczną grę, musieli przegrać. Uświadomiłem sobie, że mnie samego dręczy podstępna chytrość tych planów, choć nagrodę z góry dla mnie przeznaczono. Pojąłem, dlaczego mnie tak długo dręczono, odwlekając rozjaśnienie tajemnicy i dlaczego mój opiekun nie chciał się przyznać, że zna cokolwiek te plany. Jednem słowem, we wszystkiem widziałem cień tego ponurego domu, skrytego przed dziennym blaskiem.
Świece, mrocznem światłem oblewające komnatę, tkwiły w ciemnych kandelabrach. Wisiały one dość wysoko i gorzały tym smutnym ogniem, jakim płonie świeca w zgęszczonem powietrzu. Gdym patrzył na kandelabry, na ledwie rozjaśnioną komnatę, na stojące zegary, pożółkłe ślubne ubranie i na straszną postać pani Chewiszem, widziałem we wszystkiem tylko potwierdzenie swych myśli. Wyobraźnią przeniosłem się do wielkiej sali po drugiej stronie schodów i tam również widziałem potwierdzenie mych przypuszczeń, jakby odciśnięte niewidzialną dłonią i w fantastycznych kształtach pajęczyny, pokrywającej kołacz i w śladach pająków na obrusie, a myszy na obiciach i w szmerze karakonów, biegających po podłodze.
Podczas tej wizyty byłem po raz pierwszy świadkiem sporu Estelli z panią Chewiszem.
Siedzieliśmy przy kominku, a pani Chewiszem, silnie objąwszy Estellę, nie wypuszczała jej rąk. Wreszcie Estella zaczęła zwolna wyswobadzać się z jej objęć. Poprzednio już nierazwyrażała żywą niecierpliwość i wogóle raczej znosiła tę straszną miłość, niż jej współczuła lub płaciła wzajemnością.
— Co! — krzyknęła pani Chewiszem, kierując na nią błyszczące gniewem oczy. — Czyż ci się już sprzykrzyłam?
— Nie, samam się sobie naprzykrzyła — odrzekła Estella, i wyswobodziwszy rękę, podeszła do kominka i zaczęła patrzyć w ogień.
— Mów prawdę, niegodziwa! Mów, czym ci się już sprzykrzyła?
Estella popatrzyła na nią zupełnie spokojnie, potem znów spojrzała w ogień. Cała jej zgrabna postać i śliczna twarz wyrażały tylko zupełną obojętność na szalone uniesienie pani Chewiszem.
— O, kamienna! Ty zimne, lodowate serce!
— Co? — odrzekła Estella, zachowując obojętność i podnosząc tylko oczy — więc pani wyrzuca mi lodowatość serca? pani?
— Czyż nie mam słuszności?
— Jestem tem tylko, co pani ze mnie zrobiłaś. Pani zasługuje na pochwałę lub naganę. Pani zawdzięczam korzyści z tego, ale i straty. Jednem słowem, jakąkolwiek jestem, jestem tworem pani.
— Boże! Widzicie ją! widzicie! Jak jest złośliwa i niewdzięczna i to tu, przy kominku, przy którym ją wychowano i wykarmiono. I to ja ją przytulałam do serca, gdy jeszcze żywo biło i jej to poświęcałam! całą swą miłość i uczucie!
— W każdym razie nie mogłam odczuć tej miłości wtedy. Czego pani chce ode mnie? i Pani była dla mnie zawsze dobrą i za to jestem Pani wdzięczną. Czego pani chce więcej?
— Miłości.
— Uznała mnie pani za córkę, raz też powiedziałam, żem za to wdzięczna. Wszystko, co mam, należy do pani; wszystko, co mi pani dała, mogę w każdej chwili zwrócić. Poza tem, com od pani otrzymała, nic nie mam. Jeśli pani żąda ode mnie czegoś, czego mi pani nigdy nie dała, to muszę odpowiedzieć, że uczucia wdzięczności i obowiązku, jakie mam względem pani, nie mogą stworzyć czegoś, czego nie mam.
— Czyż nie dałam jej mej miłości? Tej płomiennej miłości, która mi przyniosła tyle goryczy i cierpień? A ona tak do mnie mówi! Jeśli nie dałam jej mej miłości, niech mnie na i zwie szaloną!
— Poco mam panią nazywać szaloną? Ja ostatnia miałabym prawo tak panią nazwać. Niema człowieka, któryby znał plany pani, choć w połowie tak dobrze, jak ja. I ja miałabym panią nazywać szaloną? Ja, któram tu, Przy tem ognisku, uczyła się u pani wszystkiego, słuchała jej nauk, siedząc na tym małym stołeczku i patrząc prosto w oczy, choć wyraz twarzy pani straszył mnie?
— I tego wszystkiego — tak prędko zapomniałaś?
— Nie, nie zapomniałam, święcie chronię w swej pamięci. Czym kiedykolwiek odstąpiła od wskazówek pani? Zaniedbała nauk pani? Czym kiedy pozwoliła sobie na uczucie, któregoby pani nie pochwalała? Niech pani będzie sprawiedliwą.
— Tak hardą tak harda! — szeptała pani Chewfezenr, odrzucając ręką w tył siwe włosy.
— Kto nauczył mnie tej hardości? Kto chwalił mnie, gdym przyjęła to prawidło?
— Tak okrutna, tak okrutna! — z jękiem powtarzała pani Chewiszem.
— Kto nauczył mnie okrucieństwa! Kto chwalił mnie, gdym szła za pani nauką?
— Nie powinnaś być jednak względem mnie okrutną i hardą! Estello, Estello! tyś harda i okrutna dla mnie!
Estella przez chwilę patrzyła na nią z jakiemś spokojnem zdziwieniem; potem, jakby nic nie zaszło, znowu odwróciła się i wlepiła oczy w ogień.
— Doprawdy nie wiem, dlaczego pani jest tak niezadowoloną, gdy przyjeżdżam panią odwiedzić po długiej rozłące? Nigdy, ani na chwilę, nie zapomniałam o jej cierpieniach i o ich przyczynach; nie zmieniłam się ani wobec pani, ani wobec jej otoczenia. I nie mogę sobie przypomnieć, abym kiedykolwiek okazała słabość.
— To kochać mnie byłoby słabością! Tak, tak, ona nazwała to słabością!
— Musi pani mnie znosić taką, jaką jestem, jaką sama mnie pani ułożyła. Me zalety — nie moje, me niedostatki — nie moje, choć ode mnie nieodłączne.
Tymczasem, nie wiem, w jaki sposób. Pani Chewiszemi zsunęła się na ziemię i siedziała otoczona poblakłemi resztkami ślubnej sukni. Skorzystałem z dawno oczekiwanej chwili, aby wyjść ze sali. Wychodząc, znakiem zwróciłem uwagę Estelli na panią Chewiszem; Estella wciąż stała jak poprzednio u kominka, a pani Chewiszem leżała na podłodze z rozpuszczonemi, siwemi włosami, przedstawiając przykry widok.
Ze ściśniętem sercem; wyszedłem na świeże powietrze i chodziłem conajmniej z godzinę po podwórzu... Gdym wreszcie opanował się i wrócił, zastałem Estellę u nóg pani Chewiszem, reperującą jej stare szmaty. Potem zasiadłem z Estellą do gry w karty, jak niegdyś; obecnie jednak grywaliśmy w modne francuskie gry. Tak przeszedł wieczór i rozeszliśmy się na spoczynek.
Miałem — wyznaczony pokój w osobnem skrzydle po tej samej stronie domu. Po raz pierwszy tu nocowałem. Nie mogłem w żaden sposób usnąć — prześladowała mnie wciąż myśl o pani Chewiszem. Widziałem ją wszędzie — i po jednej i po drugiej stronie poduszki, i przy wezgłowiu, i przy nogach, i z za półotwartych drzwi, i w drugim pokoju, i w górze, i na dole. Noc bardzo wolno mijała, była dopiero druga godzina; wreszcie poczułem, że już nie mogę dłużej leżeć. Ubrałem się i przeszedłem na korytarz głównego domu, chcąc wydostać się na podwórze i tam przyjść do siebie na świeżem powietrzu. Nie zdążyłem jednak wejść na korytarz, a już musiałem zgasić świecę, bo zobaczyłem straszną postać pani Chewiszem, sunącą się, jak widmo po korytarzu i cicho, cichutko jęczącą. Poszedłem za nią i widziałem jak udała się w górę po schodach. W rękach trzymała świeczkę bez lichtarza, którą prawdopodobnie wyjęła z kandelabru. Przy wątłem jej świetle istotnie była podobną do postaci nieziemskiej. Nagle dała się czuć woń zgnilizny i wilgoci. Domyśliłem się, że weszła do sali z nakrytym stołem; za kilka chwil usłyszałem ją, chodzącą tam i nazad; potem przeszła po schodach do swego pokoju i z powrotem, ani na chwilę nie przestając jęczeć. Starałem się wrócić i wyjść na podwórze, było to jednak niemożliwe wskutek ciemności; musiałem więc czekać świtu. Za każdym razem, gdym mijał schody, widziałem światło w górze i słyszałem wolne kroki i tłumione jęki.
Do odjazdu naszego nieporozumienia między panią Chewiszem a Estellą nie powtórzyły się. I później w czasie odwiedzin nie słyszałem podobnej sceny; odwiedzin zaś takich, o ile pamiętam, było cztery. Stosunki Pani Chewiszem i Estelli zupełnie się zmieniły, lecz wydawało mi się, że zaczęła się Estelli cokolwiek obawiać.
Muszę, choć z goryczą, zakończyć ten okres mego życia wspomnieniem Benteja Drummela.
Pewnego razu zebrało się całe towarzystwo Leśnych Zięb. Zwykłe stosunki panowały między nimi, to jest wszyscy kłócili się. Nagle Przewodniczący wezwał do porządku i oznajmił, że pan Drummel nie wzniósł jeszcze toastu na cześć swej wybranej. Takim był nasz zwyczaj i tym razem kolej wypadła na tego nicponia. Zauważyłem, że gdy rozlewano wino, jakoś dziwnie spojrzał na mnie. Jakiem było me zdziwienie i oburzenie, gdy wzniósł zdrowie „Estelli!“
— Jakiej Estelli? — spytałem.
— Nie twoja rzecz.
— Estelli, skąd? Powinien pan powiedzieć, skąd?
— Z Riczmond, panie, i to ślicznej, jak rzadko!
— Zna się on na piękności, podłe, głupie bydlę — szepnąłem do Herberta.
— Znam tę damę — rzekł Herbert przez stół, gdy wypito toast.
— Jakto? — zagadnął Drummel.
— I ja ją znam — dodałem, czerwieniejąc z gniewu.
— Czyż? O Boże!
Była to jedyna odpowiedź, na jaką mógł się zdobyć tępy błazen; ale tak mnie rozdrażnił, jakby to był najostrzejszy sarkazm. Natychmiast wstałem — i głośno oznajmiłem, że to bezwstydne łgarstwo — wznosić toast w towarzystwie Zięb na cześć kobiety, której się zupełnie nie zna. Drummel zerwał się z miejsca i spytał: — Co chcę przez to powiedzieć? — Ja zaś odrzekłem, że ma mój adres.
Po tem zajściu całe grono rozdzieliło się na kilka partyi i zaczął się zajadły spór o to, czy można w chrześcijańskim kraju kończyć taką sprawę bez przelania krwi. Dyskusya stała się tak żywa, że sześciu członków zamieniło adresy z innymi. W końcu jednak postanowiono, że jeśli pan Drummel przedstawi poświadczenie od wspomnianej w tem zajściu damy, iż ma zaszczyt być jej znajomym, pan Pip musi przeprosić, jako dżentelmen, członek towarzystwa „Zięb“, za to, że „trochę przegadał się“ i t. d. Dzień jutrzejszy wyznaczono na dowód. Nazajutrz Drummel istotnie zjawił się z maleńką notatką, w której Estella własnoręcznie stwierdzała, że miała przyjemność parę razy z nim tańczyć. Tak więc nie zostawało mi nic innego, jak usprawiedliwić się, żem się nazbyt uniósł i t. d., i t. d. Uznano tedy głośno, że przyjacielskie stosunki w towarzystwie „Zięb“ wróciły.
Obecnie opowiadam to swobodnie, lecz wówczas było to dla mnie bardzo przykre. Nie mogę określić uczuć, jakich doznawałem, gdym rozważał, że Estella przywiązywała jakąś wagę do tego wstrętnego;, nieokrzesanego głupca.
Łatwo mogłem spostrzedz, że Drummel zaczął towarzyszyć Estelli a ona na to pozwalała. Ponieważ wszędzie za nią chodził, spotykałem się z nim codziennie. Dążył prosto wytrwale do celu. Estella zaś wabiła go, to dając mu, to odejmując nadzieję. Czasem prawie pochlebiała mu, czasem otwarcie pogardzała nim, dziś obchodziła się, jak z przyjacielem, jutro jakby zupełnie go nie poznawała.
Pająk, jak pan Dżaggers nazwał Drummela, roztoczył sieć i czatował z niezachwianą cierpliwością na żertwę. Przytem miał ślepą Wiarę w znaczenie swego bogactwa i nazwiska. Przewyższał on pilnością wiele, znacznie zdolniejszych owadów i często w danej chwili, umiejętnie przyczajał się i napadał.
Pewnego razu na balu w Riczmond Estella, jak zwykle, królowała. Drummel tak jej towarzyszył a ona — tak życzliwie się z nim obchodziła, że postanowiłem rozmówić się z nią, korzystając z pierwszej lepszej okoliczności. Siedziała na boku między kwiatami, oczekując na panią Brendli, aby wrócić do domu. Stałem obok niej, ponieważ zawsze je odprowadzałem w podobnych razach.
— Zmęczyłaś się Estello?
— Trochę.
— Tak, musiałaś się zmęczyć.
— Powiedz raczej, że nie powinnam. Muszę jeszcze dziś przed snem napisać list.
— I opisać dzisiejsze zwycięstwo. To już marne zwycięstwo Estello.
— Co chcesz przez to powiedzieć? Nie wiedziałam, żem odniosła zwycięstwo.
— Estello! spojrzyj oto na tego młodzieńca w kącie, który obecnie na nas patrzy.
— Czemże on zasługuje na mą uwagę?
— Właśnie o to samo i ja chciałem spytać. Cały wieczór kręcił się koło ciebie.
— Mole i inne robactwo kręci się koło zapalonej świecy. Czyż to wina świecy?
— Nie. Ale czy Estella temu nie winna?
— No — odrzekła, śmiejąc się — możliwe. Ale myśl sobie, co chcesz.
— Estello, wysłuchaj mnie. Boli mnie, że przyjmujesz zabiegi, takiego półgłówka, jak Drummel. Wiesz o tem, że nim pogardzają?
— No więc?
— Wiesz, że nie ma on żadnych zalet ani wewnętrznych, ani zewnętrznych. Poprostu brzydki, zły, pusty głupiec.
— No więc?
— Wiesz, że niczem nie może się pochwalić prócz pieniędzy i bezmyślnego spisu swych tępogłowych przodków. Czyż nie wiesz o tem?
— No więc? — powtórzyła jeszcze raz, za każdym razem coraz szerzej otwierając śliczne oczy.
— No i dlatego mi gorzko!
Jeślibym mógł sądzić, że kokietowała Drummela, aby mnie rozdrażnić, nie byłoby mi tak ciężko. Ale jej zwykłe zachowanie się wobec mnie czyniło to przypuszczenie niemożliwem.
— Pip, nie myśl o głupstwach. Może moje zachowanie się ma wpływ na innych ludzi i może na to obliczone, ale co do ciebie inna sprawa. A więc o tem niema co mówić.
— Nie, owszem, nie mogę znieść, aby ludzie mówili o tobie, że roztaczasz swój urok i piękność dla najgłupszego i najpodlejszego z całego tłumu.
— Nie mogę znieść? — zauważyła Estella.
— O, nie bądź tak hardą i nieugiętą, Etello!
— Jakiś ty dziwny, teraz zowiesz mnie hardą i nieugiętą, a przed chwilą wymawiałeś, że poniżam się dla głupca!
— Bez wątpienia, widziałem, że dziś obdarzałaś go takiemi spojrzeniami i uśmiechami, jakiemi mnie nigdy nie obdarzasz.
— Czy chcesz — rzekła, nagle zwracając się i patrząc na mnie poważnie, prawie gniewnie, abym i ciebie łudziła i kokietowała?
— To ty łudzisz i kokietujesz go?
— I wielu innych, wszystkich prócz ciebie. Ale oto pani Brendli. Więcej nie powiem ci ani słowa.
Teraz opiszę zajście, które gotowało się już dawno, bardzo dawno. Przyczyny jego kryły się w zdarzeniach, które nastąpiły już poprzednio, jeszcze zanim dowiedziałem się o istnieniu Estelli; wtedy, gdy jej dziecinna świadomość odbierała pierwsze wrażenia pod zgubnym wpływem strasznej pani Chewiszem.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Antoni Mazanowski.