Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/125

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— No więc?
— Wiesz, że nie ma on żadnych zalet ani wewnętrznych, ani zewnętrznych. Poprostu brzydki, zły, pusty głupiec.
— No więc?
— Wiesz, że niczem nie może się pochwalić prócz pieniędzy i bezmyślnego spisu swych tępogłowych przodków. Czyż nie wiesz o tem?
— No więc? — powtórzyła jeszcze raz, za każdym razem coraz szerzej otwierając śliczne oczy.
— No i dlatego mi gorzko!
Jeślibym mógł sądzić, że kokietowała Drummela, aby mnie rozdrażnić, nie byłoby mi tak ciężko. Ale jej zwykłe zachowanie się wobec mnie czyniło to przypuszczenie niemożliwem.
— Pip, nie myśl o głupstwach. Może moje zachowanie się ma wpływ na innych ludzi i może na to obliczone, ale co do ciebie inna sprawa. A więc o tem niema co mówić.
— Nie, owszem, nie mogę znieść, aby ludzie mówili o tobie, że roztaczasz swój urok i piękność dla najgłupszego i najpodlejszego z całego tłumu.
— Nie mogę znieść? — zauważyła Estella.
— O, nie bądź tak hardą i nieugiętą, Etello!
— Jakiś ty dziwny, teraz zowiesz mnie