Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/126

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


hardą i nieugiętą, a przed chwilą wymawiałeś, że poniżam się dla głupca!
— Bez wątpienia, widziałem, że dziś obdarzałaś go takiemi spojrzeniami i uśmiechami, jakiemi mnie nigdy nie obdarzasz.
— Czy chcesz — rzekła, nagle zwracając się i patrząc na mnie poważnie, prawie gniewnie, abym i ciebie łudziła i kokietowała?
— To ty łudzisz i kokietujesz go?
— I wielu innych, wszystkich prócz ciebie. Ale oto pani Brendli. Więcej nie powiem ci ani słowa.
Teraz opiszę zajście, które gotowało się już dawno, bardzo dawno. Przyczyny jego kryły się w zdarzeniach, które nastąpiły już poprzednio, jeszcze zanim dowiedziałem się o istnieniu Estelli; wtedy, gdy jej dziecinna świadomość odbierała pierwsze wrażenia pod zgubnym wpływem strasznej pani Chewiszem.






Rozdział X.

Tydzień temu skończyłem dwadzieścia trzy lata, ale ani na włos nie posunąłem się naprzód; nadzieje me, jak poprzednio pozostawały dla mnie tajemnicą. Przed rokiem przenieśliśmy się z hotelu Bernarda na Templ; mieszkaliśmy obecnie w Gardenhort nad brzegiem rzeki.