Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/127

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Poprzednie me stosunki z panem Poketem już od pewnego czasu zerwały się, ale pozostawaliśmy z nim na przyjacielskiej stopie. Mimo mej niezdolności do zajęcia się czemkolwiek, co wynikało, jak sądzę, z niespokojnego stanu duszy, zabrałem się do czytania książek i codziennie czytałem po parę godzin.
Interesy Herberta wciąż posuwały się naprzód.
Herbert wyjechał w sprawach handlowych do Marsylii tak, że zostałem sam i bardzo przykrzyła mi się samotność. Rozczarowany i smutny czekałem dzień za dniem, tydzień za tygodniem na wyjaśnienie tajemnicy, a dni i tygodnie mijały, pozostawiając mię w niepewności. Oczywiście brak wesołej twarzy przyjaciela i jego głosu były mi przykre.
Pogoda była szkaradna — wilgotna, dżdżysta, wietrzna; na ulicach błoto i kałuże nie do Przebycia. Ciężkie, wilgotne opary płynęły ze wschodu i już od kilku dni rozlewały się nad Londynem, jakby gdzieś daleko na wschodzie istniał niewyczerpany zbiornik mgły. Wichry dęły tak silnie, że z wszystkich gmachów zrywały dachy; na polach wyrywały drzewa z korzeniami i łamały skrzydła wiatraków; z wybrzeża morskiego nadchodziły wieści o zaginięciach i śmierciach. Silne potoki deszczu następowały po porywach wiatru, szczegól-