Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/128

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


niej zaś w tym dniu, gdym sam samotny zasiadł wieczorem do czytania przy kominku.
Templ, część miasta, w której mieszkaliśmy, leżała bliżej rzeki i w większem odosobnieniu, niż dziś. Mieszkaliśmy na górce, w ostatnim domu, a wiatr szalejący po rzece z wyciem atakował go i groźnie nim wstrząsał. Kiedy wślad za wichrem deszcz z łoskotem uderzył w okna, mimowoli drgnąłem i obejrzałem się, aby się przekonać, że siedzę u siebie w domu a nie na jakiej samotnej wydmie pośrodku szalejącego morza. Od czasu do czasu kłęby dymu wpadały do pokoju przez komin, jakby i dym bał się wyjść z komina w tak straszną noc. Otworzywszy drzwi na schody ujrzałem, że wiatr wionął na lampę; przysłoniłem świecę rękami, przyłożyłem twarz do okna i zacząłem wpatrywać się w ponurą przestrzeń. Na dworze lampy pogasły również i tylko na moście i na wybrzeżu smutno migotały, jakby miały zgasnąć przy każdym nowym podmuchu; płomienie na barkach, stojących na rzece, unosiły się z wiatrem, jak ogniste języki.
Czytałem, od czasu do czasu spoglądając na zegarek, aby zamknąć książkę o jedenastej. Gdym ją zakrył, zegary od świętego Pawła i ze wszystkich dzwonnic, jeden po drugim wybiły godzinę. Bicie zegarów dziwnie jakoś unosiło się z wiatrem; wsłuchałem się, jak wiatr