Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


niknąć głębię mego serca i rozdrażnić jego rany.
— Jak się ona obchodzi z tobą, Pip, jak się z tobą obchodzi? — pytała mię żywo nawet w obecności Estelli.
Najstraszniejszą jednak była wieczorem, przy świetle migocącego ognia, gdy objąwszy Estellę i mocno trzymając jej ręce, podstępnie badała ją o wszystkie nazwiska i stanowiska ludzi, których oczarowała. Rozbierając ten długi szereg z wyrazem zranionej i cierpiącej duszy, siedziała w milczeniu, złożywszy brodę na ręce, opartej na lasce; oczy utkwiła we mnie z dziwnem, jak u widma, spojrzeniem. Zupełnie jasno zdawałem sobie sprawę, choć gorzko mi było stwierdzić swe poniżenie, że Estella nie była niczem innem, tylko narzędziem, z pomocą którego pani Chewiszem mściła się na wszystkich mężczyznach. Byłem pewny, że nie będzie moją, zanim nie spełni swego przeznaczenia. Zrozumiałem powody, dla których z góry mnie ją przeznaczono. Wysyłając ją, by poniżała i łamała serca, pani Chewiszem miała pewność, że serce jej nie było narażone na niebezpieczeństwa i że wszyscy, którzy odważali się na tę niebezpieczną grę, musieli przegrać. Uświadomiłem sobie, że mnie samego dręczy podstępna chytrość tych planów, choć nagrodę z góry dla mnie przeznaczono. Pojąłem, dlaczego mnie