Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


tak długo dręczono, odwlekając rozjaśnienie tajemnicy i dlaczego mój opiekun nie chciał się przyznać, że zna cokolwiek te plany. Jednem słowem, we wszystkiem widziałem cień tego ponurego domu, skrytego przed dziennym blaskiem.
Świece, mrocznem światłem oblewające komnatę, tkwiły w ciemnych kandelabrach. Wisiały one dość wysoko i gorzały tym smutnym ogniem, jakim płonie świeca w zgęszczonem powietrzu. Gdym patrzył na kandelabry, na ledwie rozjaśnioną komnatę, na stojące zegary, pożółkłe ślubne ubranie i na straszną postać pani Chewiszem, widziałem we wszystkiem tylko potwierdzenie swych myśli. Wyobraźnią przeniosłem się do wielkiej sali po drugiej stronie schodów i tam również widziałem potwierdzenie mych przypuszczeń, jakby odciśnięte niewidzialną dłonią i w fantastycznych kształtach pajęczyny, pokrywającej kołacz i w śladach pająków na obrusie, a myszy na obiciach i w szmerze karakonów, biegających po podłodze.
Podczas tej wizyty byłem po raz pierwszy świadkiem sporu Estelli z panią Chewiszem.
Siedzieliśmy przy kominku, a pani Chewiszem, silnie objąwszy Estellę, nie wypuszczała jej rąk. Wreszcie Estella zaczęła zwolna wyswobadzać się z jej objęć. Poprzednio już nie-