Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/113

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Nie życzy sobie, bym jeździła sama, a pokojówki mej nie przyjmie, bojąc się, by z nią nie mówiła. Zgadzasz się?
— Wątpisz o tem, Estello?
— To znaczy, że się zgadzasz? Jeśli ci wszystko jedno, to może pojedziemy pojutrze. Wszystkie koszta podróży opłacisz z mej portmonetki. Czy zgadzasz się na warunek?
— Muszę się zgodzić.
Dalszych szczegółów jazdy nie omawiała ze mną; wogóle i w późniejszych wyjazdach podobnie krótko mnie uwiadamiano o dniu wyprawy. Pani Chewiszem nigdy do mnie nie pisała, a nawet nie znalem jej pisma. W dniu oznaczonym udaliśmy się w drogę i zastaliśmy panią Chewiszem w tym samym pokoju, w którym zobaczyłem ją po raz pierwszy. W jej domu nie zaszła żadna zmiana; wszystko było po dawnemu.
Zdawało się, że lubiła ona Estellę jeszcze bardziej, niż przedtem. Istotnie było coś strasznego w jej ognistych spojrzeniach i pocałunkach. Pożądliwie patrzyła na piękność Estelli, pożądliwie słuchała każdego jej słowa, śledziła każde jej poruszenie. Nerwowo przebierając swymi kościstymi, drżącymi palcami, pożerała wzrokiem cudny twór przez siebie wychowany.
Spojrzenie jej niekiedy z Estelli przenosiło się na mnie i zdawało się, że chciała niem prze-