Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/121

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


każdym razem, gdym mijał schody, widziałem światło w górze i słyszałem wolne kroki i tłumione jęki.
Do odjazdu naszego nieporozumienia między panią Chewiszem a Estellą nie powtórzyły się. I później w czasie odwiedzin nie słyszałem podobnej sceny; odwiedzin zaś takich, o ile pamiętam, było cztery. Stosunki Pani Chewiszem i Estelli zupełnie się zmieniły, lecz wydawało mi się, że zaczęła się Estelli cokolwiek obawiać.
Muszę, choć z goryczą, zakończyć ten okres mego życia wspomnieniem Benteja Drummela.
Pewnego razu zebrało się całe towarzystwo Leśnych Zięb. Zwykłe stosunki panowały między nimi, to jest wszyscy kłócili się. Nagle Przewodniczący wezwał do porządku i oznajmił, że pan Drummel nie wzniósł jeszcze toastu na cześć swej wybranej. Takim był nasz zwyczaj i tym razem kolej wypadła na tego nicponia. Zauważyłem, że gdy rozlewano wino, jakoś dziwnie spojrzał na mnie. Jakiem było me zdziwienie i oburzenie, gdy wzniósł zdrowie „Estelli!“
— Jakiej Estelli? — spytałem.
— Nie twoja rzecz.
— Estelli, skąd? Powinien pan powiedzieć, skąd?
— Z Riczmond, panie, i to ślicznej, jak rzadko!