Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/120

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


skrzydle po tej samej stronie domu. Po raz pierwszy tu nocowałem. Nie mogłem w żaden sposób usnąć — prześladowała mnie wciąż myśl o pani Chewiszem. Widziałem ją wszędzie — i po jednej i po drugiej stronie poduszki, i przy wezgłowiu, i przy nogach, i z za półotwartych drzwi, i w drugim pokoju, i w górze, i na dole. Noc bardzo wolno mijała, była dopiero druga godzina; wreszcie poczułem, że już nie mogę dłużej leżeć. Ubrałem się i przeszedłem na korytarz głównego domu, chcąc wydostać się na podwórze i tam przyjść do siebie na świeżem powietrzu. Nie zdążyłem jednak wejść na korytarz, a już musiałem zgasić świecę, bo zobaczyłem straszną postać pani Chewiszem, sunącą się, jak widmo po korytarzu i cicho, cichutko jęczącą. Poszedłem za nią i widziałem jak udała się w górę po schodach. W rękach trzymała świeczkę bez lichtarza, którą prawdopodobnie wyjęła z kandelabru. Przy wątłem jej świetle istotnie była podobną do postaci nieziemskiej. Nagle dała się czuć woń zgnilizny i wilgoci. Domyśliłem się, że weszła do sali z nakrytym stołem; za kilka chwil usłyszałem ją, chodzącą tam i nazad; potem przeszła po schodach do swego pokoju i z powrotem, ani na chwilę nie przestając jęczeć. Starałem się wrócić i wyjść na podwórze, było to jednak niemożliwe wskutek ciemności; musiałem więc czekać świtu. Za