Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/119

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


i o ich przyczynach; nie zmieniłam się ani wobec pani, ani wobec jej otoczenia. I nie mogę sobie przypomnieć, abym kiedykolwiek okazała słabość.
— To kochać mnie byłoby słabością! Tak, tak, ona nazwała to słabością!
— Musi pani mnie znosić taką, jaką jestem, jaką sama mnie pani ułożyła. Me zalety — nie moje, me niedostatki — nie moje, choć ode mnie nieodłączne.
Tymczasem, nie wiem, w jaki sposób. Pani Chewiszemi zsunęła się na ziemię i siedziała otoczona poblakłemi resztkami ślubnej sukni. Skorzystałem z dawno oczekiwanej chwili, aby wyjść ze sali. Wychodząc, znakiem zwróciłem uwagę Estelli na panią Chewiszem; Estella wciąż stała jak poprzednio u kominka, a pani Chewiszem leżała na podłodze z rozpuszczonemi, siwemi włosami, przedstawiając przykry widok.
Ze ściśniętem sercem; wyszedłem na świeże powietrze i chodziłem conajmniej z godzinę po podwórzu... Gdym wreszcie opanował się i wrócił, zastałem Estellę u nóg pani Chewiszem, reperującą jej stare szmaty. Potem zasiadłem z Estellą do gry w karty, jak niegdyś; obecnie jednak grywaliśmy w modne francuskie gry. Tak przeszedł wieczór i rozeszliśmy się na spoczynek.
Miałem — wyznaczony pokój w osobnem