Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/118

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


łym stołeczku i patrząc prosto w oczy, choć wyraz twarzy pani straszył mnie?
— I tego wszystkiego — tak prędko zapomniałaś?
— Nie, nie zapomniałam, święcie chronię w swej pamięci. Czym kiedykolwiek odstąpiła od wskazówek pani? Zaniedbała nauk pani? Czym kiedy pozwoliła sobie na uczucie, któregoby pani nie pochwalała? Niech pani będzie sprawiedliwą.
— Tak hardą tak harda! — szeptała pani Chewfezenr, odrzucając ręką w tył siwe włosy.
— Kto nauczył mnie tej hardości? Kto chwalił mnie, gdym przyjęła to prawidło?
— Tak okrutna, tak okrutna! — z jękiem powtarzała pani Chewiszem.
— Kto nauczył mnie okrucieństwa! Kto chwalił mnie, gdym szła za pani nauką?
— Nie powinnaś być jednak względem mnie okrutną i hardą! Estello, Estello! tyś harda i okrutna dla mnie!
Estella przez chwilę patrzyła na nią z jakiemś spokojnem zdziwieniem; potem, jakby nic nie zaszło, znowu odwróciła się i wlepiła oczy w ogień.
— Doprawdy nie wiem, dlaczego pani jest tak niezadowoloną, gdy przyjeżdżam panią odwiedzić po długiej rozłące? Nigdy, ani na chwilę, nie zapomniałam o jej cierpieniach