Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/122

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Zna się on na piękności, podłe, głupie bydlę — szepnąłem do Herberta.
— Znam tę damę — rzekł Herbert przez stół, gdy wypito toast.
— Jakto? — zagadnął Drummel.
— I ja ją znam — dodałem, czerwieniejąc z gniewu.
— Czyż? O Boże!
Była to jedyna odpowiedź, na jaką mógł się zdobyć tępy błazen; ale tak mnie rozdrażnił, jakby to był najostrzejszy sarkazm. Natychmiast wstałem — i głośno oznajmiłem, że to bezwstydne łgarstwo — wznosić toast w towarzystwie Zięb na cześć kobiety, której się zupełnie nie zna. Drummel zerwał się z miejsca i spytał: — Co chcę przez to powiedzieć? — Ja zaś odrzekłem, że ma mój adres.
Po tem zajściu całe grono rozdzieliło się na kilka partyi i zaczął się zajadły spór o to, czy można w chrześcijańskim kraju kończyć taką sprawę bez przelania krwi. Dyskusya stała się tak żywa, że sześciu członków zamieniło adresy z innymi. W końcu jednak postanowiono, że jeśli pan Drummel przedstawi poświadczenie od wspomnianej w tem zajściu damy, iż ma zaszczyt być jej znajomym, pan Pip musi przeprosić, jako dżentelmen, członek towarzystwa „Zięb“, za to, że „trochę przegadał się“ i t. d. Dzień jutrzejszy wyznaczono na dowód. Nazajutrz Drummel istotnie