Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/144

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Józefa, za nic nie wróciłbym do Biddi; poprostu dlatego, że lenistwo mych rozważań nie dozwalało mi niczego w świecie zdrowym rozumem osądzić. Żadna mądrość nie mogłaby mi zastąpić tej pociechy, jakąby mi było ich proste, niesztuczne oddanie; jednakże nigdy, nigdy już nie wróci to, co przepadło!
W każdym powiewie wichru, w każdej strudze deszczu słyszałem pogoń. Dwa lub trzy razy przysiągłbym, że ktoś słucha i szepce przy zewnętrznych drzwiach. Pod wpływem tego lęku zacząłem sobie przypominać, że przeczułem pojawienie się tego człowieka; że kilka tygodni przedtem, na ulicach spotykałem twarze, do niego podobne; że podobieństwo to stawało się większe w miarę przybliżania się jego do Anglii; że jego zły duch przysyłał mi tych zwiastunów, a obecnie w tę okropną noc spełnił swą groźbę i sam zjawił się przede mną.
Wślad za tem zacząłem sobie przypominać, jakto w dzieciństwie widziałem go wstrętnym i zawziętym; jakto drugi skazaniec nie przestawał twierdzić, że ten chciał go zabić; jakto w chwili schwytania wpił się w swego towarzysza i szarpał go, jak dziki zwierz. Z takich wspomnień wyobraźnia ma wyniosła straszne, niejasne poczucie, że niebezpiecznie było spać z nim pod jednym dachem. Strach opanowywał mnie coraz; większy i większy. Wre-