Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/143

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


skazańca na moczarach i oczekiwałem, że lada chwila pochyli się i zacznie piłować swą okowę.
Troskliwie opatrzyłem wszystkie wyjścia z pokoju Herberta, prócz drzwi do mego pokoju i wówczas dopiero zaproponowałem mu spoczynek. Z ochotą zgodził się i poprosił tylko o mą „dżentelmeńską bieliznę“, aby włożyć ją nazajutrz. Wyjąłem bieliznę i położyłem przy jego łóżku; krew mi zastygła w żyłach, gdy na dobranoc uścisnął mi ręce.
Nie pamiętam już, jakem wyszedł od niego i nieświadomie zacząłem poprawiać ogień na kominku, nie śmiejąc położyć się. Z godzinę stałem tak, zbyt oszołomiony, iżby skupić myśli i ocenić swe położenie; wreszcie wróciła świadomość mego smutnego położenia, świadomość, że świetne horoskopy mych nadziei przepadły na wieki.
Stosunek mój do pani Chewiszem — pusta brednia; Estella zupełnie nie dla mnie przeznaczona; cierpiano mnie tylko jako straszydło dla chciwej rodziny, jak lalkę z mechanicznem sercem, na której Estella mogła się ćwiczyć w braku innej praktyki; oto pierwsze myśli, które stały mi się jasne. Najprzykrzejszą jednak była myśl, że opuściłem Józefa z powodu skazańca za jakąś zbrodnię, którego w każdej chwili mogli złapać u mnie w pokoju i powiesić.
Teraz za nic w świecie nie wróciłbym do