Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/145

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szciewstałem i wyszedłem, by spojrzeć na straszydło, stworzone przez mą wyobraźnię.
Obwiązał głowę chustką, twarz, jego była spokojna i sen niezamącony, choć obok na poduszce leżał pistolet. Przekonawszy się o tem, wyjąłem po cichu klucz ze drzwi, włożyłem go z zewnątrz i przekręciłem dwa razy, zanim znowu zasiadłem przy ogniu. Powoli zsunąłem się z krzesła i wyciągnąłem się na podłodze. We śnie ani na chwilę nie straciłem poczucia swej goryczy. Gdym się obudził, zegary na wieżach biły piątą, świece dopaliły się, ogień zagasł, a deszcz i wicher zwiększały ponurość mroku.






Rozdział XI.

Wielkiem szczęściem było dla mnie to, że musiałem się zająć bezpieczeństwem mego srasznego gościa. Myśl o tem zupełnie mnie opanowała, gdym zbudził się w nocy i wygnała na pewien czas z mej głowy inne troski. Oczywiście nie można go było ukrywać w mem mieszkaniu, bo podobna próba napewno wzbudziłaby podejrzenia. Prawda, że nie trzymałem już grooma, ale usługiwała mi kłótliwa baba i jej krewna, zamknięcie zaś przed niemi pokoju było pewnym środkiem na pobudzenie