Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


ich ciekawości i na plotki. Obie chorowały na oczy i dawno już przypisywałem to ciągłemu nałogowi podglądania przez dziurkę od klucza; prócz tego miały dziwny zwyczaj jawienia się zawsze nie w porę. Jeśli do tego dodamy pociąg do kradzieży, otrzymamy spis ich przymiotów. Nie chcąc mieć tajemnic przed takimi ludźmi, postanowiłem oznajmić im, że przyjechał do mnie niespodzianie wuj z prownicyi.
Rozmyślając nad tem, wstałem z łóżka i długo poszukiwałem zapałek, potykając się w ciemności na każdym kroku. Wreszcie, nic nie znalazłszy, postanowiłem pójść na dół do stróża i poprosić go, by mi poświecił latarnią. Schodząc po omacku potknąłem się o coś i upadłem. Był to ktoś przyczajony w kącie. Nie odrzekł ani słowa na me pytanie, tylko milcząc zemknął przede mną. Pobiegłem natychmiast do odźwiernego, szybko przyciągnąłem go i opowiedziałem mu po drodze o tem, co się stało. Wiatr szalał, jak poprzednio, to też nie staraliśmy się zapalać lamp na schodach, lecz zadowoliliśmy się światłem latarń. Przepatrzyliśmy całe schody od góry do dołu, nikogośmy jednak nie znaleźli. Wówczas przyszło mi na myśl, że może ten człowiek schował się do mego pokoju; więc zapaliłem świecę, postawiłem stróża przy drzwiach i dokładnie obejrzałem całe mieszkanie, nie wyłączając po-