Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/147

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


koju, w którym spal mój straszny gość. Wszędzie było cicho i pusto.
Bardzo mnie niepokoiło, że właśnie tej nocy znalazł się na schodach jakiś podejrzany człowiek, podałem więc szklankę wina stróżowi i zacząłem go wypytywać, czy nie wpuszczał kogo nocą przez bramę.
— Owszem, w różnych porach nocy wróciło do diomu trzech panów, prawdopodobnie z jakichś wieczorków.
Sąsiad, mieszkający w jednym ze mną domu, już parę tygodni temu wyjechał na prowincyę i napewno nie wrócił jeszcze tej nocy, bo przechodząc widzieliśmy jego drzwi zamknięte.
— Ta noc, panie, jest tego rodzaju, że bardzo mało ludzi przechodzi przez bramę. Prócz tych trzech dżentelmenów nikt więcej nie wracał. Tylko o jedenastej pytał o pana jakiś nieznajomy.
— Mój wuj. Wiem.
— To pan się z nim widział?
— Oczywiście.
— A jego towarzysz?
— Towarzysz?
— Przypuszczałem, że szedł on z pańskim wujem. Człowiek ten zatrzymał się, gdy wuj pański stanął, aby o pana zapytać i poszedł za nim na górę.
— Jak wyglądał ten człowiek?