Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/148

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Odźwierny nie widział go dobrze, ale przypuszczał, że to rzemieślnik; o ile pamiętał, miał on na sobie jasne ubranie i ciemne palto. Wogóle nie zważał na te okoliczności. Oczywiście nie znał przyczyn, z powodu których przywiązywałem wagę do tych szczegółów.
Nie dopytując się więcej, rozstałem się z nim i mocno zakłopotany zacząłem rozmyślać nad dziwnymi wypadkami.
Zapaliłem ogień na kominku i przy niepewnem jego świetle zdrzemnąłem się. Sen mój był niespokojny. To zrywałem się z przestrachem, przypuszczając, że ktoś mówi w pokoju, to brałem szum wiatru w kominie za grzmot. Wreszcie uspokoiłem się i zasnąłem nieprzerwanym snem. Kiedym się obudził, był już dzień. Dotychczas nie mogłem w zupełności rozpoznać swego położenia i zebrać myśli. Byłem strasznie rozstrojony i zmęczony i nie umiałem ułożyć sobie planu na przyszłość. Zerwałem się z łóżka, otworzyłem okno, popatrzyłem na ponure zachmurzone niebo, pochodziłem po pokojach i usiadłem przy ogniu, drżąc na całem ciele i czekając na swą praczkę. Czułem, że jestem bardzo nieszczęśliwy, ale nie wiedziałem dlaczego.
Wreszcie przyszła baba ze swą krewną, której głowa zupełnie była podobna do jej ręcznej miotełki. Bardzo zdziwiła się, widząc mnie przy kominku, objaśniłem jej, że przyje-