Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/131

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Przestał patrzeć na mnie i potarł sobie głową prawą ręką.
— Dość to niegrzeczne dla człowieka — rzekł grubym, przerywanym głosem — który daleko będąc, o jednem tylko myślał, a wreszcie odważył się przyjechać z końca świata... Ale nie jest pan temu winien, nikt z nas nie winien. Zaraz wyjaśnię, w tej chwili. Niech mi pan da chwilę spocząć.
Usiadł w krześle przy ogniu i zakrył twarz szerokiemi, muskularnemi rękami. Badawczo przyglądałem mu się, odszedłszy trochę, by lepiej obserwować; twarz to była niewątpliwie nieobca.
— Niema tu nikogo w pobliżu? Niema nikogo?
— Dlaczego pan, obcy człowiek, przyszedł tu w nocy, aby mi zadawać podobne pytania?
— Jaki pan młody jeszcze — odrzekł, kiwając głową, z wyrazem rozrzewnienia. — Bardzom rad, żeś pan stal się takim młodzieńcem. Nie obchodź się tak ze mną, nie obchodź, bo później będziesz tego żałował.
Już żałowałem swej chęci dotknięcia go, bo go poznałem! Nie mogłem przypomnieć ani jednego rysu a jednak poznałem go! Gdyby wicher rozniósł minione lata, gdyby ulewa zmyła wszystkie otaczające mnie przedmioty i gdybyśmy się znowu znaleźli, jak niegdyś, twarzą w twarz na cmentarzu, to i wówczas