Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie mógłbym być pewniejszy co do tożsamości mego skazańca z człowiekiem siedzącym przede mną. Nie potrzebował wyjmować pilnika z kieszeni; ani zdejmować chustki ze szyi i okręcać nią głowy; ani też przechadzać się po pokoju niepewnym krokiem, od czasu do czasu oglądając się poza siebie. Wszystko to było zbyteczne, bo i bez tego poznałem go, choć przed chwilą brałem go za nieznajomego.
Wróciwszy na miejsce, w którem stałem, znowu wyciągnął do mnie obie ręce. Nie wiedząc, co czynić — zmieszany ze zdziwienia — uścisnąłem je. Z radością chwycił je, podniósł db ust i długo nie wypuszczał ich ze swych namulonych dłoni.
— Poczciwie pan postąpił. Nigdy nie zapomnę ci tego.
Tak się rozczulił, że chciał mi się rzucić na szyję, wi porę go jednakże powstrzymałem.
— Zwolna! Zwolna! Jeśli pan czuje wdzięczność za to, com dla pana uczynił, gdym jeszcze był dzieckiem, to myślę, że pan przedewszystkiem poprawił się. Jeśli pan tu przyszedł po to tylko, aby mi wyrazić wdzięczność, to niepotrzebnie się pan trudził. Jednakże odszukał mnie pan. W uczuciu, które pana do tego skierowało, jest pewna strona dobra, nie odepchnę pana; musi pan zrozumieć, że.. ja...