Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/133

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Byłem tak uderzony skupionem jego spojrzeniem, że słowa zamarły mi na ustach.
— Mówiłeś pan, że powinienem zrozumieć. Cóż mam zrozumieć?
— Że nie pragnę wznawiać z panem dawnej znajomości. Bardzom rad, żeś się pan poprawił i żyjesz lepiej. Jestem zadowolony, że mogę wyrazić panu uznanie; a także, żeś pan przyszedł mi podziękować, sądząc, że zasługuję na pańską wdzięczność. W każdym razie drogi naszego życia zbyt różne. Ale pan przemókł i zmęczył się; czy pan się czego nie napije, zanim odejdzie?
Powoli zawiązał szal i uważnie śledził mię, od czasu do czasu gryząc koniec szala.
— Myślę, że rzeczywiście napiję się czegoś, zanim odejdę, jeśli pan łaskaw.
Na bocznym stole stało gotowe nakrycie; przeniosłem je na stolik pod kominkiem i spytałem, czem można służyć? Wskazał palcem na jedną z butelek, nie mówiąc ani słowa i nie patrząc na nią. Przygotowałem mu ponczu, starając się, aby mi ręka nie drżała, napróżno jednak, bo wzrok jego mieszał mnie, póki siedząc na krześle gryzł koniec szala.
Dotychczas nie siadałem, aby mu nie okazać, że chcę przedłużyć wizytę. Ale ustąpiłem pod wpływem serdecznego wyrazu jego twarzy i poczułem wyrzuty sumienia z powodu tak niegościnnego przyjęcia.