Wielkie nadzieje/Tom II/Rozdział XI

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Wielkie nadzieje
Data wydania 1918
Wydawnictwo Księgarnia Św. Wojciecha
Druk Drukarnia Św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Antoni Mazanowski
Tytuł orygin. Great Expectations
Źródło Skany na Commons
Inne Cały Tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały Tom II jako ePub Pobierz Cały Tom II jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały Tom II jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron

Rozdział XI.

Wielkiem szczęściem było dla mnie to, że musiałem się zająć bezpieczeństwem mego srasznego gościa. Myśl o tem zupełnie mnie opanowała, gdym zbudził się w nocy i wygnała na pewien czas z mej głowy inne troski. Oczywiście nie można go było ukrywać w mem mieszkaniu, bo podobna próba napewno wzbudziłaby podejrzenia. Prawda, że nie trzymałem już grooma, ale usługiwała mi kłótliwa baba i jej krewna, zamknięcie zaś przed niemi pokoju było pewnym środkiem na pobudzenie ich ciekawości i na plotki. Obie chorowały na oczy i dawno już przypisywałem to ciągłemu nałogowi podglądania przez dziurkę od klucza; prócz tego miały dziwny zwyczaj jawienia się zawsze nie w porę. Jeśli do tego dodamy pociąg do kradzieży, otrzymamy spis ich przymiotów. Nie chcąc mieć tajemnic przed takimi ludźmi, postanowiłem oznajmić im, że przyjechał do mnie niespodzianie wuj z prownicyi.
Rozmyślając nad tem, wstałem z łóżka i długo poszukiwałem zapałek, potykając się w ciemności na każdym kroku. Wreszcie, nic nie znalazłszy, postanowiłem pójść na dół do stróża i poprosić go, by mi poświecił latarnią. Schodząc po omacku potknąłem się o coś i upadłem. Był to ktoś przyczajony w kącie. Nie odrzekł ani słowa na me pytanie, tylko milcząc zemknął przede mną. Pobiegłem natychmiast do odźwiernego, szybko przyciągnąłem go i opowiedziałem mu po drodze o tem, co się stało. Wiatr szalał, jak poprzednio, to też nie staraliśmy się zapalać lamp na schodach, lecz zadowoliliśmy się światłem latarń. Przepatrzyliśmy całe schody od góry do dołu, nikogośmy jednak nie znaleźli. Wówczas przyszło mi na myśl, że może ten człowiek schował się do mego pokoju; więc zapaliłem świecę, postawiłem stróża przy drzwiach i dokładnie obejrzałem całe mieszkanie, nie wyłączając pokoju, w którym spal mój straszny gość. Wszędzie było cicho i pusto.
Bardzo mnie niepokoiło, że właśnie tej nocy znalazł się na schodach jakiś podejrzany człowiek, podałem więc szklankę wina stróżowi i zacząłem go wypytywać, czy nie wpuszczał kogo nocą przez bramę.
— Owszem, w różnych porach nocy wróciło do diomu trzech panów, prawdopodobnie z jakichś wieczorków.
Sąsiad, mieszkający w jednym ze mną domu, już parę tygodni temu wyjechał na prowincyę i napewno nie wrócił jeszcze tej nocy, bo przechodząc widzieliśmy jego drzwi zamknięte.
— Ta noc, panie, jest tego rodzaju, że bardzo mało ludzi przechodzi przez bramę. Prócz tych trzech dżentelmenów nikt więcej nie wracał. Tylko o jedenastej pytał o pana jakiś nieznajomy.
— Mój wuj. Wiem.
— To pan się z nim widział?
— Oczywiście.
— A jego towarzysz?
— Towarzysz?
— Przypuszczałem, że szedł on z pańskim wujem. Człowiek ten zatrzymał się, gdy wuj pański stanął, aby o pana zapytać i poszedł za nim na górę.
— Jak wyglądał ten człowiek?
Odźwierny nie widział go dobrze, ale przypuszczał, że to rzemieślnik; o ile pamiętał, miał on na sobie jasne ubranie i ciemne palto. Wogóle nie zważał na te okoliczności. Oczywiście nie znał przyczyn, z powodu których przywiązywałem wagę do tych szczegółów.
Nie dopytując się więcej, rozstałem się z nim i mocno zakłopotany zacząłem rozmyślać nad dziwnymi wypadkami.
Zapaliłem ogień na kominku i przy niepewnem jego świetle zdrzemnąłem się. Sen mój był niespokojny. To zrywałem się z przestrachem, przypuszczając, że ktoś mówi w pokoju, to brałem szum wiatru w kominie za grzmot. Wreszcie uspokoiłem się i zasnąłem nieprzerwanym snem. Kiedym się obudził, był już dzień. Dotychczas nie mogłem w zupełności rozpoznać swego położenia i zebrać myśli. Byłem strasznie rozstrojony i zmęczony i nie umiałem ułożyć sobie planu na przyszłość. Zerwałem się z łóżka, otworzyłem okno, popatrzyłem na ponure zachmurzone niebo, pochodziłem po pokojach i usiadłem przy ogniu, drżąc na całem ciele i czekając na swą praczkę. Czułem, że jestem bardzo nieszczęśliwy, ale nie wiedziałem dlaczego.
Wreszcie przyszła baba ze swą krewną, której głowa zupełnie była podobna do jej ręcznej miotełki. Bardzo zdziwiła się, widząc mnie przy kominku, objaśniłem jej, że przyjechał do mnie w nocy wuj i dlatego trzeba zarządzić pewne zmiany w śniadaniu. Podczas, gdy one przesuwały meble i strasznie kurzyły, umyłem się, ubrałem i znowu usiadłem przy ogniu, oczekując na śniadanie.
Wkrótce drzwi otworzyły się i wszedł on. Nie mogłem nań patrzyć, a w dzień wydał mi się jeszcze wstrętniejszym.
— Nie wiem, jak pana nazywać — rzekłem po cichu. — Powiedziałem, że pan jest moim wujem.
— Dobrze, mój chłopcze, nazywaj mnie wujem.
— Nazywałeś się pan jakoś na statku.
— Oczywiście, nazywałem się Prowisem.
— Czy pan ma zamiar zatrzymać to nazwisko?
— Dlaczegoby nie, nie jest gorszem od innego i zostaję przy niem, jeśli zechcesz.
— A jakie jest pańskie rzeczywiste nazwisko?
— Magwicz. Abel Magwicz.
— A do jakiego zawodu pana przeznaczano?
— Do zawodu niegodziwca — rzekł poważnie, jakby rzeczywiście istniał taki zawód.
— Kiedy pan wszedł wczoraj w nocy....
— Więc cóż, mój chłopcze?
— Kiedy pan wchodził do bramy i pytał o mnie, czy pan był sam, czy nie?
— Sam, oczywiście sam.
— Przy bramie był kto?
— Nie zwróciłem na to uwagi. Nie znałem widocznie tutejszych zwyczajów. Zdaje mi się jednak, że ktoś zaraz za mną wszedł.
— Znają pana w Londynie?
— Myślę, że nie! — rzekł, trącając się palcem w szyję.
Krew mi uderzyła do głowy.
— A przedtem pana znali?
— Niewielu, chłopcze. Mieszkałem na prowincyi.
— A sądzono pana w Londynie?
— Którym razem? — spytał, żywo patrząc na mnie.
— Ostatnim.
Skinął głową.
— Wówczas poznałem Dżaggersa. Bronił mnie.
Chciałem się zapytać, za co go sądzono, ale uchwycił nożyk i machnąwszy nim w powietrzu, rzekł:
— Choć trochę przewiniłem, ale winy swe już okupiłem pracą.
To powiedziawszy, zabrał się do śniadania.
Jadł z jakąś nieprzyjemną żarłocznością i wogóle czynił to ordynarnie i głośno. Stracił już parę zębów od czasu, gdym go widział na bagnach i teraz, gdy pochylał głowę, aby kęsy dostały się między tylne zęby, był podobny do głodnego, starego psa.
Gdybym nawet chciał jeść, odbiegłaby mnie wszelka ochota i siedziałbym, jak obecnie, z oczami skierowanemi na obrus. Jakiś niezwyciężony wstręt odpychał mnie od niego,
— Nie zaszkodzi teraz zapalić sobie. Kiedym po raz pierwszy, tam za morzem, zgodził się na pastucha, to rzeczywiście, gdyby nie tytoń, stałbym się wściekłym kozłem.
To mówiąc, wstał od stołu i wyjął z kieszeni króciutką, czarną fajeczkę i trochę tytoniu, zwanego „perskim“. Nabił nim fajkę a resztę wsypał do kieszeni, jakby do kapciucha. Potem wziął szczypcami węgiel z kominka, zapalił fajkę i oparłszy się plecami o kominek, uścisnął mi ręce.
— Tak, toś ty mój dżentelmen! któregom rzeczywiście stworzył! Wielką jest dla mnie radością twój widok, Pipie. Niczego więcej nie potrzebuję, byle tylko być blizko ciebie i patrzyć na swego chłopca!
Wyswobodziłem ręce, gdy tylko mogłem. Słysząc jego gruby głos i patrząc na jego pełną zmarszczek, siwą głowę, zacząłem uświadamiać sobie całą grozę położenia.
— Nie mogę znieść, by mój dżentelmen chodził piechotą po błocie; nie mogę znieść, by na obuwiu jego były choć najmniejsze pyłki. Mój dżentelmen powinien mieć konie, i to do zaprzęgu i wierzchowe; konie dla siebie i dla lokai, stajennych i stangretów. Zesłańcy jeżdżą na koniach, a mój dżentelmen ma chodzić piechotą? Nie, nie! Pokażemy im Pip — czy nie tak?
Mówiąc to wyjął z kieszeni gruby pulares i rzucił go na stół.
— Jest tu z czego zabawić się, Pip! Wszystko to twoje. Wszystko, co mam, nie moje, lecz twoje. Nie martw się, to nie wszystko; tam, skąd to pochodzi, jest jeszcze wiele, wiele.... Przyjechałem do Starego Świata popatrzyć, jak mój dżentelmen używa po dżentelmeńska pieniędzy. Na tem polega me szczęście. Niech pękają wszyscy z zazdrości, wielu ich jest, od sędziego w peruce do zestarzałego kolonisty, pokażę wam dżentelmena większego od was wszystkich!
— Pozwól pan! — rzekłem, zapominając się ze strachu i wstrętu. — Chciałbym wiedzieć, co mamy czynić, by panu zapewnić bezpieczeństwo. Jak długo myśli pan tu zabawić i wogóle jakie są pańskie plany?
— Posłuchaj mnie. Pip, przedewszystkiem posłuchaj. Zapomniałem się i wyraziłem się ordynarnie. Wysłuchaj mnie, zapomnij o tem! Nie będę więcej prostakiem.
— Po pierwsze, jakie ostrożności można przedsięwziąć, by pana nie poznano i nie ujęto?
— Nie, drogi chłopcze, nie jest to pierwszorzędną kwestyą. Pierwszą rzeczą jest to, że byłem ordynarnym. Nie na tom tak długo kształcił swego dżentelmena; nigdy już przy nim się nie zapomnę. Rzeczywiście wyraziłem się niewłaściwie, zapomnij o tem, mój chłopcze.
Mimowoli się uśmiechnąłem, bo wydał się strapionym i zabawnym.
— Już zapomniałem. Na litość Boską nie mów pan już o tem.
— Tak, tak; ale przyjechałem tu przecież nie po to, aby być ordynarnym. No, mów dalej, chłopcze. Mówiłeś...
— W jaki sposób ochronić pana od niebezpieczeństwa?
— No, niebezpieczeństwo nie takie wielkie. Jeśli mnie nie wydadzą, to niema niebezpieczeństwa. A któż może o tem wiedzieć, że tu jestem? Dżaggers, Uemnik i ty — nikt więcej.
— A niema kogo, coby mógł pana poznać na ulicy?
— Niewielu takich. Przytem czyż nie jestem wspomniany we wszystkich gazetach, jako: A. M. z Botanisbey. Tyle lat już minęło i cóżby komu zależało na wydaniu mnie? Ale choćby nawet niebezpieczeństwo było pięćdziesiąt razy większe, to i tak przyjechałbym, by cię zobaczyć.
— Jak długo pan myśli tu zabawić?
— Jak długo? — rzekł ze zdziwieniem, wyjmując fajkę z ust. — Wcale nie myślę wyjeżdżać; przyjechałem na stałe.
— Gdzie pan będzie mieszkał? Gdzie nie będzie dla pana niebezpiecznie?
— Drogi chłopcze, za pieniądze można kupić perukę, puder, okulary, czarny frak, krótkie spodnie i czego tam więcej potrzeba. Czynili to ludzie i nie zawodzili się, zatem i inni mogą to samo robić. A o tem, gdzie i jak mam mieszkać, chciałbym słyszeć twe zdanie.
— Tak pan dziś spokojnie patrzy na swe położenie, a wczoraj pan zupełnie poważnie przysięgał, że panu grozi śmierć.
— I teraz utrzymuję, że mi grozi śmierć i to śmierć haniebna, na szubienicy. To sprawa tak poważna, że powinieneś ją dobrze obmyśleć. Już tu jestem. Powrót gorszy, niż przyjazd. Dlatego zaś tu jestem, że przez lata cale pragnąłem cię zobaczyć. A żem zaryzykował, to dla mnie nie nowina; stary już jestem wróbel, puszczałem się na różne przedsiębiorstwa i nie boję się straszaka. Jeśli w straszydle kryje się śmierć, to niechże wyjdzie na zewnątrz i niech jej spojrzę w oczy, dopiero w nią uwierzę. A na razie dozwólcie mi popatrzyć na mego dżentelmena.
Jeszcze raz wziął mnie za ręce i paląc wciąż oglądał mnie, jak swą własność. Zdawało mi się, że najlepiejby było wynająć mu jakiś mały, bezpieczny pokoik w pobliżu, gdzie mógłby mieszkać po powrocie Herberta, którego oczekiwałem za dwa, trzy dni. Herberta naturalnie musiałem wtajemniczyć w tę sprawę. Było to dla mnie tak oczywiste, choć nie wziąłem nawet pod rozwagę, jaką pociechą będzie dla mnie podzielenie z nim wszystkich niebezpieczeństw i trosk. Ale pan Prowis niebardzo się z tem godził i rzekł, że pozwoli wówczas dopiero wyjawić Herbertowi tajemnicę, jeśli wyrobi sobie o nim dobre pojęcie, sądząc z jego twarzy.
— I wówczas nawet — dodał, wyjmując z kieszeni małą ewangelię w czarnej oprawie zaprzysiężemy go.
Nie mogę stanowczo orzec, czy mój dobrodziej nosił ze sobą tę małą, czarną książeczkę, jedynie w tym celu, aby zaprzysięgać ludzi przy każdej dogodnej sposobności; wiem tylko, że nigdy nie widziałem, by jej inaczej używał. Widok tej książeczki poddawał przypuszczenie, że ukradziono ją z jakiegoś sądu. Może Właśnie jej przeszłość i własne jego doświadczenia przekonały go o potężnej jej sile. Gdym ją ujrzał po raz pierwszy, mimowoli wspomniałem, jakto zmusił mnie niegdyś do złożenia przysięgi na cmentarzu i jak wczoraj opowiadał, że przysięgą podtrzymywał się w samotnej chatce na Nowym Świecie.
Ponieważ odzież jego przypominała żeglarza lub kupca cygarami i papugami, zacząłem namyślać się, jak go ubrać. Uważał krótkie spodnie za najlepsze do zamaskowania się, ułożyłem więc w swej wyobraźni cały kostyum, któryby z niego zrobił coś pośredniego między pastorem a dentystą. Wreszcie postanowiliśmy, że nie pokaże się mej praczce i jej kuzynce, zanim się nie przebierze.
Zdawałoby się, że nic łatwiejszego, jak obmyślenie tych ostrożności, ale w smutnem, ponurem niemal usposobieniu mem kosztowało mnie to niemało czasu. Miał pozostać zamknięty w swoim pokoju i nie otwierać nikomu.
Wiedziałem, że na ulicy Esseksa był dogodny hotel, którego tylne okna wychodziły na ulicę Templ, prawie wprost moich. Dlatego od razu poszedłem tam, szczęśliwie znalazłem mieszkanie na drugiem piętrze i wynająłem je dla wuja Prowisa. Potem pochodziłem po sklepach i zakupiwszy niezbędne rzeczy do jego tualety, według zwyczaju skierowałem się do Littel-Briten. Pan Dżaggers siedział przy swem biurku; widząc mnie, natychmiast powstał i podszedł do kominka.
— No, Pip, bądź ostrożny.
— Będę ostrożny, panie. Idąc, obmyśliłem wszystko, co mam mówić.
— Nie wydaj się i nie wydaj kogoś innego. Rozumiesz mnie — nie wydaj kogoś innego. Nie mów mi nic; nic nie chcę wiedzieć; nie jestem ciekawym człowiekiem.
Oczywiście zmiarkowałem, że wiedział o tem, co się stało.
— Chcę tylko przekonać się o prawdzie tego, co mi powiedziano; nie mam najmniejszej nadziei, aby to było nieprawdziwem, ale chciałbym się upewnić.
Pani Dżaggers kiwnął głową.
— Czy powiedziano ci, czy oznajmiono? — spytał przeginając głowę na bok i patrząc nie na mnie tylko na drzwi. — Bo jeśli ci powiedziano, to znaczy, że w ustnej rozmowie; a nie mogłeś rozmawiać z człowiekiem, który Przebywa w Nowej Południowej Walii.
— A więc oznajmiono mi.
— Tak.
— Oznajmił mi niejaki Abel Magwicz, że jest mym nieznajomym dobroczyńcą.
— Ten sam. Mieszka on w Nowej Południowej Walii.
— I to on sam?
— Tak.
— Nie jestem tak nierozsądny, aby myśleć, że pan współwinny w mem złudzeniu, ale zawsze byłem przekonany, że to pani Chewiszem.
— Jak sam mówisz, nie jestem nic winien.
— Wydawało się, że to ona — rzekłem ze smutkiem.
— Ani cienia pewności. Nie wierz niczemu, co się wydaje, wierz tylko pewności. Niema lepszego prawidła.
— Nie mam już nic więcej do powiedzenia — rzekłem z westchnieniem, po chwili przerwy. — Sprawdziłem rzeczywistość i nic już więcej nie potrzebuję.
— Teraz, gdy Magwicz, żyjący w Nowej Południowej Walii odkrył się tobie, zrozumiesz Pip, jak stanowczo, przez cały czas mych stosunków z tobą, trzymałem się samych tylko faktów. Nigdy nie wykraczałem poza fakty. Wiesz o tem dobrze.
— Tak, panie.
— Oznajmiłem Magwiczowi z Nowej Południowej Walii, gdy po raz pierwszy do mnie pisał, aby nie żądał ode mnie odstąpienia ani na krok od faktów. Tak samo uprzedziłem go i o czemś innem. Zdawało mi się, że wspomniał przypadkiem w swym liście, że zamierza kiedyś spotkać się z tobą w Anglii. Przestrzegłem go, aby takich rzeczy więcej nie pisał, bo nieprawdopodóbnem jest, aby go kiedykolwiek ułaskawiono; jest wygnany z ojczyzny na całe życie i dlatego, jeśli zjawi się w Anglii, postąpi z nim z całą surowością. Przestrzegłem Magwicza i napisałem mu o tem do Nowej Południowej Walii — dodał uważnie, patrząc na mnie. Niewątpliwie skorzystał z mych przestróg.
— Niewątpliwie.
— Mówił mi Uemnik, że otrzymał z Portsmuth list od pewnego kolonisty nazwiskiem Purwis a raczej...
— Prowis.
— Raczej Prowis, dziękuję ci, Pip. Może rzeczywiście Prowis? Wiesz napewno, że to Prowis?
— Tak.
— Wiesz, że to Prowis. Otrzymał list z Portsmuth od pewnego kolonisty Prowisa, w którym dopytywał w imieniu Magwicza o twój adres. Uemnik: posłał mu adres natychmiast. Prawdopodobnie przez tego Prowisa dowiedziałeś się, że dobrodziejem, twym jest Magwicz, żyjący w Nowej Południowej Walii?
— Tak, dowiedziałem! się o tem od Prowisa.
— Żegnaj, Pip. Gdy napiszesz do Magwicza do Nowej Walii, albo jeśli będziesz miał z nim stosunki przez Prowisa, bądź łaskaw mu wspomnieć, że szczegółowy spis wydatków zostanie ci przesłany, wraz z resztą pieniędzy, bo jest jeszcze reszta. Żegnaj, Pip!
Uścisnęliśmy sobie ręce a on badawczo patrzył za mną, dopóki mógł. Obróciłem się przy drzwiach — wciąż jeszcze patrzył na mnie i zdawało się, że straszne odlewy na półce usiłują szeptać: o! cóż to za człowiek!
Uemnika nie było w biurze i choćby nawet był, nie mógłby ulżyć mej trosce. Poszedłem prosto na ulicę Templ i zastałem tam Prowisa bezpiecznego przy ponczu i fajce.
Na drugi dzień przyniesiono zamówione ubranie i Prowis zaraz się przebrał. Zdawało mi się, że nowe ubranie jeszcze mniej dla niego było stosowne, niż dawne, bo w nim samym było coś takiego, co uniemożliwiało wszelki wysiłek zamaskowania się. Im lepiej go ubierałem, tem bardziej był podobnym do nieszczęśliwego skazańca, którego widziałem niegdyś na błotach; prawdopodobnie dlatego, że już zaczynałem doń przywykać, twarz jego i obejście co chwila przypominało mi znajomego więźnia. Przytem utykał na jedną nogę, jakby na niej były kajdany. Wogóle wszystko w nim od stóp do głowy mówiło jasno: oto skazaniec.
Jego długie samotne życie napiętnowało go jakimś dzikim wyrazem, którego nie można było zmienić żadnem przebraniem. Wreszcie dodajmy, że odbił się na nim wpływ dawnego złego życia, i owych lęków, że musi się strzedz pościgu. Czy jadł, czy pił, przechadzał się po pokoju, czy wyjmował z kieszeni wielki nóż i zabierał się do rozkrawania mięsa, we wszystkich jego najdrobniejszych ruchach przejawiał się jak najwyraźniej aresztant, więzień, zesłaniec.
Chciał koniecznie upudrować się i zgodziłem się na to, podobnie jak na krótkie spodnie. Ale Prowis upudrowany był tak straszny, jak uróżowany trup. Wszystko, co chcieliśmy w nim ukryć, strasznie przeglądało przez maskę. Puder po pierwszej próbie opadł. Ostrzygł tylko siwy włos.
Nie można wypowiedzieć, com wówczas odczuwał; jak straszną wydawała mi się tajemnica tego człowieka. Gdy wieczorami zasypiał w krześle, z ciężko opuszczoną na piersi głową, długo przed nim siadywałem i rozmyślałem, czem zawinił w życiu. Przypisywałem mu różne przestępstwa i tylko podniecałem swą wyobraźnię, tak że nieraz myślałem uciec od niego. Każda godzina, każda minuta zwiększała mój wstręt do niego — i rzeczywiście przypuszczam, że w pierwszym porywie wstrętu poddałbym się uczuciom i nie bacząc na to, co dla mnie uczynił, uciekłbym od niego, jeśliby nie wstrzymywała mnie myśl, że wkrótce zobaczę się z Herbertem. Pewnego razu w nocy szybko wyskoczyłem z łóżka i zacząłem się ubierać w gorsze swe ubranie, chcąc zostawić mu wszystko i odjechać do Indyi, jako prosty żołnierz.
Gdy nie spał i nie stawiał specyalnego rodzaju pasyansu brudnemi kartami, (pasyansu tego nigdy poprzednio, ani później nie widziałem) prosił mię, abym mu cokolwiek czytał. „W obcym języku, kochany chłopcze“ mówił. Kiedym spełniał to życzenie, on nie mówiąc ni słowa, stał zwykle przy kominku i patrzył na mnie z przyjacielskim wyrazem i jakby namawiał meble do zachwytu nad mem wykształceniem.
Wreszcie, pewnego razu po obiedzie usnąłem zmęczony (noce me bowiem były niespokojne i często budziłem się z powodu strasznych widziadeł) — obudziłem się, słysząc znane mi kroki na schodach. Prowis także śpiący, zerwał się i wyciągnął nóż.
— Uspokój się pan! To Herbert! — rzekłem. I rzeczywiście wszedł Herbert, odświeżony po podróży do Francyi.
— Hendlu, drogi towarzyszu, jak się masz i jak ci się powodzi? Zdaje mi się, żem cię cały rok nie widział! Widząc, żeś schudł i zbladł, gotów jestem naprawdę w to uwierzyć! Hendlu mój... Ach! przepraszam, przepraszam — Widok Prowisa przerwał jego wynurzenia i uściski. Prowis, patrząc na niego z nadzwyczajną uwagą, powoli składał nóż i szukał czegoś w drugiej, kieszeni.
— Herbercie, drogi przyjacielu — rzekłem, zamykając zewnętrzne drzwi, póki stał ździwiony. — Stało się wiele dziwnych rzeczy w twej nieobecności. To mój gość.
— Dobrze, dobrze chłopcze! — przerwał Prowis, występując naprzód ze swą maleńką czarną książeczką i zwracając się do Herberta, rzekł: — Weź pan ją w prawą rękę i niech pana Bóg skarze na miejscu, jeśli pan cokolwiek zdradzi! Pocałuj ją!
— Uczyń to, o co prosi — rzekłem do Herberta a kiedy on spojrzał na mnie ze zdziwieniem i spełnił życzenie Prowisa, ten uścisnął mu rękę i rzekł:
— Teraz pamiętaj pan, na coś przysiągł. I jestem kłamcą, jeśli Pip nie zrobi pana dżentelmenem.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Antoni Mazanowski.