Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/152

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


zaprzęgu i wierzchowe; konie dla siebie i dla lokai, stajennych i stangretów. Zesłańcy jeżdżą na koniach, a mój dżentelmen ma chodzić piechotą? Nie, nie! Pokażemy im Pip — czy nie tak?
Mówiąc to wyjął z kieszeni gruby pulares i rzucił go na stół.
— Jest tu z czego zabawić się, Pip! Wszystko to twoje. Wszystko, co mam, nie moje, lecz twoje. Nie martw się, to nie wszystko; tam, skąd to pochodzi, jest jeszcze wiele, wiele.... Przyjechałem do Starego Świata popatrzyć, jak mój dżentelmen używa po dżentelmeńska pieniędzy. Na tem polega me szczęście. Niech pękają wszyscy z zazdrości, wielu ich jest, od sędziego w peruce do zestarzałego kolonisty, pokażę wam dżentelmena większego od was wszystkich!
— Pozwól pan! — rzekłem, zapominając się ze strachu i wstrętu. — Chciałbym wiedzieć, co mamy czynić, by panu zapewnić bezpieczeństwo. Jak długo myśli pan tu zabawić i wogóle jakie są pańskie plany?
— Posłuchaj mnie. Pip, przedewszystkiem posłuchaj. Zapomniałem się i wyraziłem się ordynarnie. Wysłuchaj mnie, zapomnij o tem! Nie będę więcej prostakiem.
— Po pierwsze, jakie ostrożności można przedsięwziąć, by pana nie poznano i nie ujęto?