Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/153

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie, drogi chłopcze, nie jest to pierwszorzędną kwestyą. Pierwszą rzeczą jest to, że byłem ordynarnym. Nie na tom tak długo kształcił swego dżentelmena; nigdy już przy nim się nie zapomnę. Rzeczywiście wyraziłem się niewłaściwie, zapomnij o tem, mój chłopcze.
Mimowoli się uśmiechnąłem, bo wydał się strapionym i zabawnym.
— Już zapomniałem. Na litość Boską nie mów pan już o tem.
— Tak, tak; ale przyjechałem tu przecież nie po to, aby być ordynarnym. No, mów dalej, chłopcze. Mówiłeś...
— W jaki sposób ochronić pana od niebezpieczeństwa?
— No, niebezpieczeństwo nie takie wielkie. Jeśli mnie nie wydadzą, to niema niebezpieczeństwa. A któż może o tem wiedzieć, że tu jestem? Dżaggers, Uemnik i ty — nikt więcej.
— A niema kogo, coby mógł pana poznać na ulicy?
— Niewielu takich. Przytem czyż nie jestem wspomniany we wszystkich gazetach, jako: A. M. z Botanisbey. Tyle lat już minęło i cóżby komu zależało na wydaniu mnie? Ale choćby nawet niebezpieczeństwo było pięćdziesiąt razy większe, to i tak przyjechałbym, by cię zobaczyć.