Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/160

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szedłem prosto na ulicę Templ i zastałem tam Prowisa bezpiecznego przy ponczu i fajce.
Na drugi dzień przyniesiono zamówione ubranie i Prowis zaraz się przebrał. Zdawało mi się, że nowe ubranie jeszcze mniej dla niego było stosowne, niż dawne, bo w nim samym było coś takiego, co uniemożliwiało wszelki wysiłek zamaskowania się. Im lepiej go ubierałem, tem bardziej był podobnym do nieszczęśliwego skazańca, którego widziałem niegdyś na błotach; prawdopodobnie dlatego, że już zaczynałem doń przywykać, twarz jego i obejście co chwila przypominało mi znajomego więźnia. Przytem utykał na jedną nogę, jakby na niej były kajdany. Wogóle wszystko w nim od stóp do głowy mówiło jasno: oto skazaniec.
Jego długie samotne życie napiętnowało go jakimś dzikim wyrazem, którego nie można było zmienić żadnem przebraniem. Wreszcie dodajmy, że odbił się na nim wpływ dawnego złego życia, i owych lęków, że musi się strzedz pościgu. Czy jadł, czy pił, przechadzał się po pokoju, czy wyjmował z kieszeni wielki nóż i zabierał się do rozkrawania mięsa, we wszystkich jego najdrobniejszych ruchach przejawiał się jak najwyraźniej aresztant, więzień, zesłaniec.
Chciał koniecznie upudrować się i zgodziłem się na to, podobnie jak na krótkie spodnie. Ale Prowis upudrowany był tak straszny, jak