Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/161

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


uróżowany trup. Wszystko, co chcieliśmy w nim ukryć, strasznie przeglądało przez maskę. Puder po pierwszej próbie opadł. Ostrzygł tylko siwy włos.
Nie można wypowiedzieć, com wówczas odczuwał; jak straszną wydawała mi się tajemnica tego człowieka. Gdy wieczorami zasypiał w krześle, z ciężko opuszczoną na piersi głową, długo przed nim siadywałem i rozmyślałem, czem zawinił w życiu. Przypisywałem mu różne przestępstwa i tylko podniecałem swą wyobraźnię, tak że nieraz myślałem uciec od niego. Każda godzina, każda minuta zwiększała mój wstręt do niego — i rzeczywiście przypuszczam, że w pierwszym porywie wstrętu poddałbym się uczuciom i nie bacząc na to, co dla mnie uczynił, uciekłbym od niego, jeśliby nie wstrzymywała mnie myśl, że wkrótce zobaczę się z Herbertem. Pewnego razu w nocy szybko wyskoczyłem z łóżka i zacząłem się ubierać w gorsze swe ubranie, chcąc zostawić mu wszystko i odjechać do Indyi, jako prosty żołnierz.
Gdy nie spał i nie stawiał specyalnego rodzaju pasyansu brudnemi kartami, (pasyansu tego nigdy poprzednio, ani później nie widziałem) prosił mię, abym mu cokolwiek czytał. „W obcym języku, kochany chłopcze“ mówił. Kiedym spełniał to życzenie, on nie mówiąc ni słowa, stał zwykle przy kominku i patrzył na