Wielkie nadzieje/Tom II/Rozdział XII

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
<<< Dane tekstu >>>
Autor Karol Dickens
Tytuł Wielkie nadzieje
Data wydania 1918
Wydawnictwo Księgarnia Św. Wojciecha
Druk Drukarnia Św. Wojciecha
Miejsce wyd. Poznań
Tłumacz Antoni Mazanowski
Tytuł orygin. Great Expectations
Źródło Skany na Commons
Inne Cały Tom II
Pobierz jako: Pobierz Cały Tom II jako ePub Pobierz Cały Tom II jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały Tom II jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Cały tekst
Pobierz jako: Pobierz Cały tekst jako ePub Pobierz Cały tekst jako PDF (z zewnętrznego serwera) Pobierz Cały tekst jako MOBI (testowo) (z zewnętrznego serwera)
Indeks stron
Rozdział XII.

Trudno opisywać uczucia, przepełniające nią duszę, oraz niemiłe położenie Herberta, gdym w obecności Prowisa odkrywał mu tajemnicę losu. Dość zaznaczyć, że me własne uczucia dokładnie odzwierciedlały się na twarzy Herberta, a między niemi górował wstręt do mego dobroczyńcy.
Wystarczał sam tryumf, z jakim śledził me opowiadanie, by wzbudzić nasz wstręt ku niemu. Prócz tego, że od chwili przybycia niejednokrotnie był ordynarny (o czem naturalnie uwiadomił Herberta po skończeniu mej powieści) nie mógł sobie w żaden sposób wyobrazić innych podstaw szczęścia. Chwalił się tem tylko, że zrobił ze mnie dżentelmena i dał mi środki do podtrzymania tej pozycyi; wywnioskował stąd, że obaj mamy się czem pochwalić i pochlubić.
— Widzisz, przyjacielu Pipa, byłem ordynarnym na chwilę — wiem, że byłem ordynarnym. Odrazu powiedziałem Pipowi, że nie darmo uczyniłem z niego dżentelmena, Pip zaś zrobi pana dżentelmenem — wiem, jak się mam z wami obchodzić. Drogi mój chłopcze i ty jego przyjacielu, możecie być przekonani, że zapanuję nad swemi nawyknieniami. Panowałem nad sobą, póki nie użyłem tego niewłaściwego wyrażenia, odtąd już będę czuwał nad sobą przez całe życie.
Herbert rzekł: „naturalnie“, ale sądząc z jego wyrazu, nie widział w tem żadnej pociechy. Był zaskoczony i zmieszany. Z niecierpliwością oczekiwaliśmy chwili, w której Prowis zostawi nas samych; zdawało się jednak, że nie chciał nas pozostawić i siedział bardzo długo. Biła już północ, gdym odprowadzał go na ulicę Esseksa. Gdy zniknął za ponuremi drzwiami hotelu, po raz pierwszy po jego przyjeździe poczułem chwilową ulgę.
Niespokojny od chwili spotkania się na schodach z nieznanym człowiekiem, oglądałem się zawsze, gdym chodził z Prowisem wieczorami lub wracał z nim w nocy, pragnąc się przekonać, czy nikt nie śledzi, i tym razem obejrzałem się na wszystkie strony, łatwo jest w większem mieście wyobrażać sobie, że ktoś śledzi, obecnie jednak nie zauważyłem nikogo, ktoby się choć trochę mną interesował. Niewielu przechodniów, mijało mię a ulica Templ była pusta. Nikt nie wyszedł za mną przez bramę, nikt nie wszedł. Mijając wodotrysk widziałem, jak okna cicho i spokojnie świeciły się w ciemnościach.
Herbert powitał mnie otwartemi ramionami i nigdy nie odczuwałem tak silnie, jak w tej chwili, co to za szczęście mieć prawdziwego przyjaciela. Po paru słowach a właściwie dźwiękach, aby się wzajemnie pocieszyć, usiedliśmy dla omówienia kwestyi: co robić?
Krzesło, na którem siedział Prowis, stało jeszcze na tem samem miejscu; Herbert zajął je nieświadomie, ale w tej chwili zerwał się i usiadł na innem. Po tem, co zaszło, nie trzeba było przyznawać się do wstrętu, jaki w nim wzbudził mój dobroczyńca, który to wstręt i ja zupełnie jawnie podzielałem. Zrozumieliśmy się, nie otwierając nawet ust.
— Co robić? — rzekłem, gdy Herbert zmienił krzesło.
— Biedny, drogi Hendlu, wszystko to stało się zbyt nagle, abym mógł o czemśkolwiek myśleć.
— To samo było ze mną, gdy cios niespodzianie ugodził. Ale trzeba coś postanowić. Chce bezwarunkowo zamówić konie, karetę i wszelkie wygody. Trzeba go jakoś powstrzymać.
— Cóż więc chcesz robić?...
— Czyż mogę? Pomyśl o nim! Spójrz na niego!
Mimowoli drgnęliśmy.
— Doję się Herbercie! Chodzi o to, że bardzo się do mnie przywiązał. Słyszał kto podobną historyę?
— Biedny, drogi Hendlu!
— Przytem, choćbym się powstrzymał i stanowczo nie wziął już od niego ani jednego pensa, to pomyśl, wiele mu zawdzięczam! Prócz tego mam wielkie długi, bardzo wielkie, jak na człowieka, który nie ma żadnych nadziei na przyszłość, do niczego nie jest przygotowany, do niczego niezdatny.
— No, no! Tak znowu do niczego niezdatny.
— Do czegóż jestem zdatny? Do tego chyba, by iść do wojska? I możliwe, że jużbym to zrobił, gdyby nie chęć pomówienia z tobą, poradzenia się ciebie, jedynego mego przyjaciela.
Nie mogłem dłużej wstrzymać się od łez; ale Herbert tylko z uczuciem uścisnął mi ręce i rzekł, że nic nie może wymyśleć.
— W każdym razie, drogi Hendlu — mówił — udanie się do wojska jest ostatnią ucieczką. Jeśli wyrzekasz się wszystkich łask, to prawdopodobnie w nadziei, że niegdyś zapłacisz wszystkie stracone na ciebie pieniądze. Nadzieja zaś byłaby niewielka, jeślibyś poświęcił się służbie wojskowej. A przytem to taka bezmyślna służba. O wiele lepiej byłoby, gdybyś wstąpił do biura Klarrikera. Wiesz przecież, że wkrótce rozpoczynam karyerę.
Biedaczysko, zupełnie nie podejrzywał — dzięki czyim pieniędzom.
— Z drugiej strony, jest to człowiek niewykształcony i uparty, który miał wciąż jedną myśl. Tem więcej, że zdaje mi się, choć może się mylę, człowiek nieokiełznanego, zaciekłego charakteru.
— Takim jest rzeczywiście, mam na to dowody. Tu opowiedziałem mu o spotkaniu z drugim skazańcem, o czem zamilczałem w swej wieczornej opowieści.
— Widzisz więc! Pomyśl tylko! Przyjeżdża tu narażając życie, aby wykonać swój zamiar, wciąż go zajmujący. I w chwili ziszczenia się tej myśli po tylu latach trudów i oczekiwań, ty kruszysz jego plany, czynisz zbędnemi nagromadzone przez niego bogactwa. Nie domyślasz się, co może uczynić w podobnych okolicznościach?
— O tem tylko myślałem, od chwili gdy tu przebywa. Jasno zdawałem sobie sprawę, że odda się w ręce sądu.
— Możesz być pewny, że ten postępek pomaga za sobą wielkie niebezpieczeństwa. W tem leży jego władza nad tobą, dopóki jest w Anglii. Niewątpliwie zdecyduje się na ten rozpaczliwy krok, jeśli go porzucisz.
Byłem tak przerażony tą myślą, że nie mogłem usiedzieć na krześle i zacząłem chodzić po pokoju z jednego kąta w drugi; jeśliby tak się stało, uważałbym się za jego mordercę choćby nawet sam się wydal. W porównaniu z tą myślą, lżej było mi znosić jego obecność, chociaż zgodziłbym się chętnie pracować całe życie w kuźni, jeślibym mógł się go pozbyć.
Nie można było jednak pominąć kwestyi — co czynić?
— Pierwszą i główną rzeczą — wydalić go z Anglii — wówczas może uda się go namówić i odczepić się od niego.
— Ale gdziekolwiek się go odwiezie, może znów wrócić.
— Najdroższy Hendlu, nie jestże rzeczą jasną, oznajmić mu, że tutaj i w sąsiedztwie Niugetu znacznie niebezpieczniej, niż gdzieindziej. Gdyby to można było wynaleźć jakiś pretekst do oddalenia go, ot, choćby nastraszyć go tym skazańcem lub kimś innym. Pomyśl no, czy nie znasz czegoś z jego życia?
— Niestety! Nic nie wiem o jego życiu. Gdym po nocach siedział z nim przy kominku, wprost do rozpaczy doprowadzała mnie straszna myśl, że znam go tylko jako złodzieja, który w dzieciństwie przez dwa dni śmiertelnie mnie straszył!
Herbert wstał, ujął mą rękę i zaczęliśmy chodzić tu i tam po dywanie, badając jego wzory.
— Hendlu! — rzeki, zatrzymując się: — zdecydowałeś się, by wcale z jego pieniędzy nie korzystać?
— Stanowczo. Jestem przekonany, że na mem miejscu tak samobyś postąpił.
— I zdecydowałeś się, że musisz się z nim rozejść?
— Czyż możesz o tem wątpić?
— Jesteś jednak obowiązany do ocalenia go z grożącego niebezpieczeństwa. Musisz zatem przedewszystkiem oddalić go z Anglii, Potem zaś myśleć o sobie. Gdy go raz oddalisz usiłuj, wyswobodzić się z jego więzów, a wówczas, drogi Hendlu, obaj postaramy się o uporządkowanie swych spraw.
— Co do tego, aby dowiedzieć się szczegółów jego życia, niema, według mnie innego środka jak poprosić go wprost o opowiedzenie życia.
— Tak. Poproś go jutro po śniadaniu. Żegnając się, zapowiedział, że przyjdzie jutro na śniadanie.
Z takimi planami położyliśmy się spać. Miałem dziwaczne sny o nim i nazajutrz zbukiem się zupełnie niepokrzepiony snem — wciąż z myślą, że go schwytają, jako zbiegłego skazańca. Na jawie myśl ta również nie opuszczała mnie ani na chwilę.
Przyszedł w oznaczonymi czasie, wyciągnął nóż i zasiadł przy nakrytym stole. Wciąż tylko mówił o tem, jak, „jego dżentelmen okaże się się prawdziwym dżentelmenem“ i radził mi coprędzej zająć się pularesem, który mi wręczył. Uważałem nasze pokoje za czasowe pomieszczenie i radził, nie zwlekając, wyszukać gdzieś „porządny kąt“, gdzieby mógł znaleźć „schronienie“ w razie potrzeby. Gdy skończył śniadanie i obtarł nóż o spodnie, rzekłem doń bez najmniejszego wstępu:
— Po pańskiem wyjściu opowiedziałem przyjacielowi o tej walce z nieznajomym człowiekiem, gdyśmy przybyli z żołnierzami. Pamięta pan?
— Czy pamiętam? Sądzę, że tak!
— Chcielibyśmy dowiedzieć się szczegółowo o tym człowieku. Dziwnem jest, że nic o nim nie wiem a także i o panu, prócz tego com wczoraj opowiadał. Zdaje się, że nadeszła chwila, w której; może pan nam opowiedzieć szczegóły swego życia.
— Ale pamiętaj, przyjacielu Pipa, żeś przysięgał.
— Oczywiście.
— Cokolwiek opowiem, przysięga pozostanie przysięgą.
— Naturalnie.
— I nie zapomnij, że wszystkie swe winy zmazałem pracą.
— Tak, tak!
Wyjął czarną fajeczkę i zdawało się, że chce ją nabić tytoniem, ale wstrzymał się, prawdopodobnie z obawy, by mu palenie nie przeszkadzało w opowiadaniu. Zsypał do kieszeni tytoń, przyczepił fajkę do guzika od surduta, założył ręce na kolanach i poważnie, popatrzywszy przez chwilę w ogień, zaczął opowiadanie.







Tekst jest własnością publiczną (public domain). Szczegóły licencji na stronach autora: Karol Dickens i tłumacza: Antoni Mazanowski.