Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/170

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


łego skazańca. Na jawie myśl ta również nie opuszczała mnie ani na chwilę.
Przyszedł w oznaczonymi czasie, wyciągnął nóż i zasiadł przy nakrytym stole. Wciąż tylko mówił o tem, jak, „jego dżentelmen okaże się się prawdziwym dżentelmenem“ i radził mi coprędzej zająć się pularesem, który mi wręczył. Uważałem nasze pokoje za czasowe pomieszczenie i radził, nie zwlekając, wyszukać gdzieś „porządny kąt“, gdzieby mógł znaleźć „schronienie“ w razie potrzeby. Gdy skończył śniadanie i obtarł nóż o spodnie, rzekłem doń bez najmniejszego wstępu:
— Po pańskiem wyjściu opowiedziałem przyjacielowi o tej walce z nieznajomym człowiekiem, gdyśmy przybyli z żołnierzami. Pamięta pan?
— Czy pamiętam? Sądzę, że tak!
— Chcielibyśmy dowiedzieć się szczegółowo o tym człowieku. Dziwnem jest, że nic o nim nie wiem a także i o panu, prócz tego com wczoraj opowiadał. Zdaje się, że nadeszła chwila, w której; może pan nam opowiedzieć szczegóły swego życia.
— Ale pamiętaj, przyjacielu Pipa, żeś przysięgał.
— Oczywiście.
— Cokolwiek opowiem, przysięga pozostanie przysięgą.
— Naturalnie.