Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/165

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Niewielu przechodniów, mijało mię a ulica Templ była pusta. Nikt nie wyszedł za mną przez bramę, nikt nie wszedł. Mijając wodotrysk widziałem, jak okna cicho i spokojnie świeciły się w ciemnościach.
Herbert powitał mnie otwartemi ramionami i nigdy nie odczuwałem tak silnie, jak w tej chwili, co to za szczęście mieć prawdziwego przyjaciela. Po paru słowach a właściwie dźwiękach, aby się wzajemnie pocieszyć, usiedliśmy dla omówienia kwestyi: co robić?
Krzesło, na którem siedział Prowis, stało jeszcze na tem samem miejscu; Herbert zajął je nieświadomie, ale w tej chwili zerwał się i usiadł na innem. Po tem, co zaszło, nie trzeba było przyznawać się do wstrętu, jaki w nim wzbudził mój dobroczyńca, który to wstręt i ja zupełnie jawnie podzielałem. Zrozumieliśmy się, nie otwierając nawet ust.
— Co robić? — rzekłem, gdy Herbert zmienił krzesło.
— Biedny, drogi Hendlu, wszystko to stało się zbyt nagle, abym mógł o czemśkolwiek myśleć.
— To samo było ze mną, gdy cios niespodzianie ugodził. Ale trzeba coś postanowić. Chce bezwarunkowo zamówić konie, karetę i wszelkie wygody. Trzeba go jakoś powstrzymać.
— Cóż więc chcesz robić?...