Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/164

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Widzisz, przyjacielu Pipa, byłem ordynarnym na chwilę — wiem, że byłem ordynarnym. Odrazu powiedziałem Pipowi, że nie darmo uczyniłem z niego dżentelmena, Pip zaś zrobi pana dżentelmenem — wiem, jak się mam z wami obchodzić. Drogi mój chłopcze i ty jego przyjacielu, możecie być przekonani, że zapanuję nad swemi nawyknieniami. Panowałem nad sobą, póki nie użyłem tego niewłaściwego wyrażenia, odtąd już będę czuwał nad sobą przez całe życie.
Herbert rzekł: „naturalnie“, ale sądząc z jego wyrazu, nie widział w tem żadnej pociechy. Był zaskoczony i zmieszany. Z niecierpliwością oczekiwaliśmy chwili, w której Prowis zostawi nas samych; zdawało się jednak, że nie chciał nas pozostawić i siedział bardzo długo. Biła już północ, gdym odprowadzał go na ulicę Esseksa. Gdy zniknął za ponuremi drzwiami hotelu, po raz pierwszy po jego przyjeździe poczułem chwilową ulgę.
Niespokojny od chwili spotkania się na schodach z nieznanym człowiekiem, oglądałem się zawsze, gdym chodził z Prowisem wieczorami lub wracał z nim w nocy, pragnąc się przekonać, czy nikt nie śledzi, i tym razem obejrzałem się na wszystkie strony, łatwo jest w większem mieście wyobrażać sobie, że ktoś śledzi, obecnie jednak nie zauważyłem nikogo, ktoby się choć trochę mną interesował.