Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/167

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


cił się służbie wojskowej. A przytem to taka bezmyślna służba. O wiele lepiej byłoby, gdybyś wstąpił do biura Klarrikera. Wiesz przecież, że wkrótce rozpoczynam karyerę.
Biedaczysko, zupełnie nie podejrzywał — dzięki czyim pieniędzom.
— Z drugiej strony, jest to człowiek niewykształcony i uparty, który miał wciąż jedną myśl. Tem więcej, że zdaje mi się, choć może się mylę, człowiek nieokiełznanego, zaciekłego charakteru.
— Takim jest rzeczywiście, mam na to dowody. Tu opowiedziałem mu o spotkaniu z drugim skazańcem, o czem zamilczałem w swej wieczornej opowieści.
— Widzisz więc! Pomyśl tylko! Przyjeżdża tu narażając życie, aby wykonać swój zamiar, wciąż go zajmujący. I w chwili ziszczenia się tej myśli po tylu latach trudów i oczekiwań, ty kruszysz jego plany, czynisz zbędnemi nagromadzone przez niego bogactwa. Nie domyślasz się, co może uczynić w podobnych okolicznościach?
— O tem tylko myślałem, od chwili gdy tu przebywa. Jasno zdawałem sobie sprawę, że odda się w ręce sądu.
— Możesz być pewny, że ten postępek pomaga za sobą wielkie niebezpieczeństwa. W tem leży jego władza nad tobą, dopóki jest