Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/155

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wało mi się, że najlepiejby było wynająć mu jakiś mały, bezpieczny pokoik w pobliżu, gdzie mógłby mieszkać po powrocie Herberta, którego oczekiwałem za dwa, trzy dni. Herberta naturalnie musiałem wtajemniczyć w tę sprawę. Było to dla mnie tak oczywiste, choć nie wziąłem nawet pod rozwagę, jaką pociechą będzie dla mnie podzielenie z nim wszystkich niebezpieczeństw i trosk. Ale pan Prowis niebardzo się z tem godził i rzekł, że pozwoli wówczas dopiero wyjawić Herbertowi tajemnicę, jeśli wyrobi sobie o nim dobre pojęcie, sądząc z jego twarzy.
— I wówczas nawet — dodał, wyjmując z kieszeni małą ewangelię w czarnej oprawie zaprzysiężemy go.
Nie mogę stanowczo orzec, czy mój dobrodziej nosił ze sobą tę małą, czarną książeczkę, jedynie w tym celu, aby zaprzysięgać ludzi przy każdej dogodnej sposobności; wiem tylko, że nigdy nie widziałem, by jej inaczej używał. Widok tej książeczki poddawał przypuszczenie, że ukradziono ją z jakiegoś sądu. Może Właśnie jej przeszłość i własne jego doświadczenia przekonały go o potężnej jej sile. Gdym ją ujrzał po raz pierwszy, mimowoli wspomniałem, jakto zmusił mnie niegdyś do złożenia przysięgi na cmentarzu i jak wczoraj opowiadał, że przysięgą podtrzymywał się w samotnej chatce na Nowym Świecie.