Strona:PL Karol Dickens - Wielkie nadzieje Tom II.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


drugim ojcem. Jesteś mym synem, — więcej niż synem. Zbierałem pieniądze, abyś mógł z mich korzystać. Kiedym był najemnym pastuchem i żyjąc na pustym stepie nie widywałem całymi tygodniami nikogo, prócz owiec, tak, że zapominałem, jak wyglądają ludzie — zawsze miałem cię przed oczami. Nieraz zdarzało się, żem wypuszczał z rąk nóż, siedząc przy obiedzie lub kolacyii w samotnej chacie i wołał: — „Ot, mój chłopiec znów tutaj, patrzy, jak jem i piję.“ I widziałem cię wiele razy, tak wyraźnie, jak wówczas na moczarach. „Niech mnie Bóg ukarze — mówiłem wówczas, wychodząc na dwór, aby mnie lepiej słyszał — „jeśli nie uczynię z tego chłopca dżentelmena, gdy będę swobodny i bogaty.“ I dotrzymałem słowa. Spójrz na siebie! Spójrz na swe mieszkanie, godne lorda! E, pokażesz im, tym lordom, wiele masz pieniędzy; zechcą ci dorównać, ale nie będą mogli!
W zapale wzruszenia i tryumfu nie zauważył, jaką gorycz budziły we mnie jego słowa. Było to jedyną dla mnie pociechą.
— Popatrz! — ciągnął, wyjmując z mej kieszeni zegarek i obracając ku sobie pierścionek na mym palcu, gdym ja chronił się od jego dotknięcia, jak od jadowitej żmii; — złote i piękne — dżentelmeńskie, niema co mówić! Dyament, obsadzony rubinami, spodziewam się, że to dżentelmeńska rzecz. Spójrz na swoją